Tym razem udamy się do pozostającej pod zaborem pruskim Wielkopolski i zastanowimy nad fenomenem postaw tamtejszego ziemiaństwa, które jako pierwsze otwarło się na szeroką współpracę z innymi warstwami społecznymi, realizując ją przy pomocy organizacji zaliczających się do tak charakterystycznego dla Poznańskiego nurtu pracy organicznej. O szczegółach tego podjętego dla ocalenia narodowości przed germanizacją dalekowzrocznego programu szerokiej modernizacji społecznej, roli instytucji takich jak Bazar czy Towarzystwo Naukowej Pomocy i kluczowej postaci Karola Marcinkowskiego, którego przywództwo uznawały kręgi ziemiańskie, opowie wybitny znawca problematyki dziejów zaboru pruskiego, ziemiaństwa i inteligencji prof. Witold Molik, związany przez wiele lat z Uniwersytetem Adama Mickiewicza w Poznaniu
Transkrypcja
Dr Ewelina Kostrzewska:
Dzień dobry, dr Ewelina Kostrzewska, Instytut Historii Uniwersytet Łódzki. Zapraszam do kolejnego podcastu, który powstaje w ramach cyklu o historii ziemiaństwa. Dzisiaj naszym gościem jest pan profesor Witold Monik z Wydziału Historycznego Uniwersytetu imieniem Adama Mickiewicza w Poznaniu, wybitny specjalista dziejów ziemiaństwa, inteligencji, badacz wielkopolski. Panie profesorze, dzień dobry, witamy. A tematem naszego dzisiejszego spotkania są kontakty ziemiaństwa z innymi warstwami społecznymi. Dziękujemy jeszcze raz, że pan profesor zechciał przyjąć nasze zaproszenie.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Ja również serdecznie dziękuję za zaproszenie.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie profesorze, często badając ziemiaństwo skupiamy się na samej tej grupie społecznej, a przecież nie funkcjonowali w próżni, funkcjonowali w strukturach społeczeństwa. Mieli reakcję, interreakcję z innymi warstwami, z innymi grupami społecznymi. I dzisiaj o tym chciałabym z panem profesorem porozmawiać. Może zacznijmy od relacji z inteligencją.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Pozwolę sobie scharakteryzować ten problem, który była Pani łaskawie przedstawić, na przykładzie wielkopolskiej, którą staram się badać od wielu, wielu, wielu lat, kładąc nacisk przede wszystkim na dzieje ziemiaństwa. I otóż najpierw trzeba by zarysować w skrócie, w dużym skrócie telegraficznym, sytuację jaka była tutaj w Wielkopolsce, w tej części zajętej przez Prusy, nazwanej w 1815 roku Wielkim Księstwem Poznańskim. Otóż sytuacja ludności polskiej, mającej przewagę liczebną na tym obszarze, była tragiczna. Mianowicie było to przede wszystkim społeczeństwo o strukturze feudalnej, która na samej górze tej hierarchii społecznej była usytuowana szlaka. która żyła przed wiekami, tracąc wskutek zadłużenia majątki, ale stanowiła jeszcze, jeśli idzie o ludność polską, największą siłę, z którą musiały się liczyć władze zaborcze, władze pruskie. i starały się tą, przynajmniej elitę szlakty, powiedzmy również arystokracji, pozyskać w różny sposób, przez również nadawanie tytułów i orderów wysokich pruskich. Natomiast to ziemiaństwo, jakby nie zdając sobie sprawy, trudności zagrożenia, mówię o całej społeczności, a nie o tych najbardziej wykształconych i tworzących elitę szlachecką postaci. To żyło sobie tak, jak wspomniałem, po dawnemu i specjalnie się nie przejmowało trudną sytuacją.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Natomiast nie było prawie polskiego mieszczaństwa. Wielkopolska już w XVIII wieku była najbardziej umiastowioną prowincją Rzeczpospolitej Szlacheckiej, ale były to przeważnie miasteczka liczące po kilkaset, powyżej tysiąca mieszkańców, których znaczną część stanowili tzw. mieszczanie rolnicy, którzy mieli w pobliżu tych miasteczek swoje posiadały swoje pola i często nawet mieszkali przy rynkach i wyjeżdżali w pole z końmi, z tygryneczków. Ale przejść tam się trudniło takimi prostymi rzemiosłami. Natomiast handel i te bardziej wyspecjalizowane rzemiosła były opanowane przez Niemców i Żydów. Ludność żydowska była jeszcze w latach 20., 30., XIX wieku bardzo liczna w Wielkim Księstwie Poznańskim. No i to zamożniejszą część mieszczeństwa stanowili Niemcy. Natomiast 80% ludności polskiej mieszkało na wsi.
Prof. dr hab. Witold Molik:
I to była jeszcze ludność chłopska, Wkrótce po uwłaszczeniu, ale to uwłaszczenie odbywało się, proces toczył się stosunkowo wolno, uległ przyśpieszeniu dopiero gdy naczelnym prezesem prowincji władze pruskie mianowały Edwarda Heinricha Frodwela. który był pierwszym takim konsekwentnym germanizatorem prowincji i celem nieodmiennym od początku zajęcia ziem polskich aż do wybuchu powstania wielkopolskiego władz pruskich było ścisłe zintegrowanie tej prowincji z resztą monarchii Hohenzollern, z pozostałymi prowincjami. I oto w tak trudnej sytuacji, kiedy dominuje biedna ludność polska, kiedy naprzeciwstaje państwo zaborcze, najlepiej zorganizowane, uważane za jedno z najnowocześniejszych w Europie, a nawet przez niektórych badaczy jest za najnowocześniejsze, mające dobry system oświaty, mający oddaną państwu biurokrację, urzędników, którzy dążyli, realizowali dalekosiężne cele. To był trudny przeciwnik. Państwo opróskie było najtrudniejszym przeciwnikiem z wszystkich czech mocezaborczych, państwem jak na owe czasy nowoczesnym i w dodatku trudnym. Niewielu przedstawicieli szlachty przekształcającego się w ziemiaństwo zdawało sobie sprawę z tej trudnej sytuacji. I oto pojawia się człowiek, nie z szlacheckiego pochodzenia, ale jest syn najpierw woźnicy, a później karczymarza w Poznaniu, Karol Marcinkowski. Czyli nie z pochodzenia szlacheckiego, ale zdobywa bardzo szybko autorytet dzięki swoim talentom.
Prof. dr hab. Witold Molik:
dzięki umiejętnościom, po ukończeniu gimnazjum poznańskiego, nazywanego później Świętej Marii Magdaleny, udaje się na studia medyczne do Berlina, co było zupełnym wyjątkiem końcu drugiej dekady XIX wieku wśród ludności polskiej. Był ten zawód zdominowany przez lekarzy żydowskich i niemieckich. I to był jeden z pierwszych lekarzy, który zdobywa w czasie już nauki gimnazjalnej, a następnie studiów na Uniwersytecie Berlińskim, niedawno zresztą założonym, ale już nowoczesnym. I jako wykształcony lekarz powraca do Poznania. i zdobywa wśród ziemiaństwa stopniowo bardzo duży autorytet. I staje na czele tego obozu nazywanego obozem pracy organicznej. Czyli takie się utarło powiedzenie, kiedy obchodzono w Poznaniu 150. rocznicę, w 1996 roku śmierci Karola Marcinkowskiego, zorganizowano tutaj uroczystości, zorganizowano konferencję naukową, na którą przyjechał z Londynu Norman Davies.
Prof. dr hab. Witold Molik:
I tu chciałem powiedzieć, że ja bardzo uważnie obserwowałem tego bardzo poczytnego historyka. No i on przygotował referat. Pozwolę sobie tutaj na taką, powiedzmy, nie anegdotę, tylko opowiedzenie tej historii. Czy pani, pani Ewelino widziała kiedyś, żeby historyk na konferencji naukowej czytał swój referat z biletu lotniczego?
Dr Ewelina Kostrzewska:
Nie zdarzyło się, panie profesorze.
Prof. dr hab. Witold Molik:
On tak przygotował i próbował tutaj nas zaszokować, że w Poznaniu powinniśmy postawić Bismarckowi pomysł. Co oczywiście było wcześniej, ta propozycja się pojawiała, więc to nie była żadna… Ktoś, kto bada dzieje, to już o tym wiedział, prawda? No ale on ma taką… To, że musi czymś zainspirować, może takie ma mniemanie. W każdym razie wówczas przedyskutowano, żeby nie odejść od tego nazywania prace organiczne, tylko przejść do… Bo to było… Z jednej strony państwo pruskie modernizowało tę prowincję, mając na celu te dalekosieczne cele, o których mówiłem przed chwilą. Po drugie, dożyło bardzo konsekwentnie do osiągnięcia tego celu.
Prof. dr hab. Witold Molik:
co było dużym zagrożeniem dla ludności polskiej, bo tutejsza ludność niemiecka i władze pruskie były przekonane o wyższości kultury niemieckiej. Sądzono, że jeżeli wprowadzi się pruski system prawny, jeżeli się położy nacisk na oświatę, I stopniowo to się to społeczeństwo, ludność łopska, to nieliczna ludność zamieszkująca miasta polskiej narodowości się zgermanizuje. I to było zagrożenie. Szlachta, jak wspomniałem, traciła szybko majątki i właściwie można było się obawiać, że z czasem, takie były założenia władz pruskich, to społeczeństwo się zgiermanizuje. I tak sądzono, że przez to przekonanie o wyższości kultury niemieckiej, że ona sama będzie miała taką siłę przyciągającą i trzeba było się temu przeciwstawić. I oto ziemiaństwo poparło Karola Marcinkowskiego. Gdyby nie to poparcie, trudno by było w ogóle ten program realizować. Próbowano właśnie podczas tych obchodów w 1996 roku, wprowadzić termin samomodernizacja społeczeństwa.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Bo z jednej strony była modernizacja ze strony państwa pruskiego, a z drugiej strony to społeczeństwo się przekrzasało i ta nazwa samomodernizacja, która, no jest zbiór tekstów z tej konferencji opublikowany, pod tytułem Samomodernizacja, porównanie Wielkopolan z Czechami i Iranczykami. No ale to nadal się używa. Ja już nie będę tutaj się rozwodził, ale powiem tylko krótko, że nadużywa się tego terminu praca organiczna. Właściwie teraz pracą organiczną jest prawie wszystko. co historyków. Ja myślę, że badacze, którzy dużo swojej energii, czasu poświęcili na badania prac organicznych, czyli Witold Jakubczyk, Stefan Kieniewicz i Zdzisław Grot, przewracają się w grobie, bo teraz już o pracy organicznej to jest prawie wszystko. Nie będę tego wątku kontynuował, natomiast samomodernizacja się nie przyjął. Ale na czym polegała ta samomodernizacja? Ja przytoczę słowa Karola Marcinkowskiego, które stały się takim hasłem przewodnim.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Mianowicie, oświata i praca Oto są środki potrzebne do wytyczania gościńca, czyli do wytyczania drogi. I w tym trudnym, bardzo trudnym momencie zapaści, bo to można określić jako to była zapaść. Elity odegrały swoją właściwą rolę. My w dziejach Polski mamy niewiele przykładów, żeby elity wyprzedzały potrzeby czasu i żeby były daleko wzroczne. Właściwie tak się rządzi, żeby mieć pochlac wśród ludności współczesnej. Natomiast nie ma tego takiego wytyczania drogi, jak to uczynił Karol Macinkowski ze swoimi współpracownikami. Bez poparcia ziemiaństwa, które było najzamożniejszą nadal warstwą, te cele nie zostałyby osiągnięte. Dużym autorytetem się cieszył, współpracował Karol Macinkowski z Dezyderem Chłapowskim.
Prof. dr hab. Witold Molik:
z Jędrzejem Moraczewskim, z Gustawem Potworowskim, z Wojciechem Lipskim i Maciejem Jerzyńskim. Jeszcze by można paru wymielić. I oni stanowili tę elitę, która dostrzegła, że walka może trwać długo. Została ona zresztą pięknie pokazana w filmie Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, pod reżyserii Jerzego Szmiertni, ze znakomitą obsadą. Po raz pierwszy ten serial został wyemitowany w 1982 roku, a była tylko jedna telewizja, więc przyciągał bardzo wiele osób. I to można powiedzieć, że ten film miał odbiór ogólnopolski. I Wielkopolska poprzez ten film zaistniała w jakiejś świadomości szerszej ogólnopolskiej. Natomiast tutaj, no jeszcze wśród współpracowników był Hipolić Cegielski, ale Hipolić Cegielski też wywodził się z niezamożnej szlachty.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Więc można, czyli całe to otoczenie Karola Marcinkowskiego, poza nielicznymi przedstawicielami kształtującej się co dopiero inteligencji i w tym przede wszystkim duchowieństwa, to miał oparcie przede wszystkim, program miał oparcie wziemiańskie. I oto, co stworzono w ramach tego programu. Po pierwsze, zawiązano w 1838 roku spółkę budowy Bazaru Poznańskiego. On został otwarty w 1861 roku. W tymże roku utworzono też Towarzystwo Naukowej Pomocy. które miało na celu kształcenie młodzieży, stwarzanie niezamożnym uczniom gimnazjalnym i studentom, którzy musieli odbywać swoją edukację w uniwersytetach niemieckich, bo władze pruskie konsekwentnie przeciwstawiały się, nie dopuszczały w ogóle do realizacji różnych propozycji. To jest osobny temat utworzenia Uniwersytetu w Poznaniu. I tu właśnie wokół bazaru i Towarzystwa Pomocy Naukowej czasem powstawały inne wokół tych dwóch filarów.
Prof. dr hab. Witold Molik:
One są nazywane filarami prac organicznych. Powstawała cała sieć różnych inorganizacji, o tym za chwilę będę jeszcze parę słów powiem. Natomiast tworzenie tych dwóch ważnych instytucji. Czym był bazar? Może najpierw się na tym skoncentrujemy. Czym był bazar poznański? On został wybudowany przy nowo wytyczonej ulicy, nazywanej wówczas nową ulicą Nową, a obecnie to jest ulica Ignacego Paderewskiego, czyli samym centrum Poznania. I to był nie tylko hotel, w którym mieszkali w czasie odwiedzin stolicy, prowincji Poznania ziemianie i inni zamożni obywatele, ale to stał się swoistego rodzaju w porównaniu z innymi rejonami Europy Środkowo-Wschodniej, w których powstawały podobne instytucje, nazywane domami narodowymi. Była to część hotelowa, pokoje, które można było wynajmować. Była świetna restauracja, ale to nie tylko przyciągało licznych gości.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Natomiast była tam też siedziba założonego przez… Karola Macikowskiego, Koła Towarzyskiego. Tam miały swoje siedziby różne polskie instytucje. Był to ośrodek polskości, w samym centrum miasta. A miasto, stolica prowincji, Poznań, przybierało z coraz większym stopniem mundur pruski. i jest powiedzenie Józefa Ignacego Kraszewskiego, że miasto przybiera coraz bardziej mundur pruski, ale bije w nim serce Polski. I tym sercem był Bazar Poznański, który ja nazywam środkowo-europejskim fenomenem, który nie miał tylu funkcji, Niektóre z nich wymieniłem, bo tam odbywały się życie towarzyskie, centrum, wykłady, prelekcje, bale, spotkania. Tam się spotkały kolejne generacje elit.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Omawiały strategię. Tam jak była możliwość wybierania posłów w utworzonym w 1838 roku Sejmie a po zjednoczeniu Niemiec w parlamencie niemieckim, tam się spotykali posłowie, dyskutowali o strategii i tak dalej, więc to był ważny ośrodek. A instytucje coraz bardziej się pod względem architektonicznym mieściły w budynkach przypominających budowlę w Berlinie. Nazywano czasem ten Poznań również takim małym Berlinem. Natomiast ta rola bazarów i teraz drugi filar, Towarzystwo Pomocy Naukowej. Zapomniałem o tym wspomnieć, a teraz to już upełnię. Mianowicie na parterze mieściły się sklepy. Niewiele tych sklepów i warsztatów rzemieślniczych tam ulokowano.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Niektórzy rzemieślnicy i kupcy nosili niemieckie nazwiska, ale to byli Polacy, bo to charakteryczne było, Część Niemców w tej prowincji nosiła nazwiska polskie, choć była całkowicie, że tak powiem, zniemczona, a niektórzy Polacy nosili nazwiska niemieckie typowe. Więc tam to był zalążek, ale wokół tego zaczęto inspirować poszerzanie, powiększanie polskiego mieszczaństwa, które, jak wspomniałem na początku rozmowy, było bardzo nieliczne i ubogie. I teraz chodziło o to, żeby stworzyć warunki, dać jakiś impuls do tworzenia polskiego mieszczaństwa. które się powiększało. Droga była trudna. Trzeba było przezwyciężać niski kapitał kulturowy, że jednak trzeba się kształcić. Te dwa takie by się wydawało proste. Co my możemy, czy my możemy się przeciwstawić władzom pruskim? Pracom i oświatom.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Musimy na to położyć nacisk. I praca, to był symbol tej pracy, symbolem jej był bazar. Tworzenie podwalin pod rozwój polskiego drobnomieszczaństwa. Bo takie silne, bogate mieszczaństwo tu nie miało warunków. Więc wykształciło się drobnomieszczaństwo. To byli coraz bardziej wyspecjalizowani rzemieślnicy. Tym bardziej wyspecjalizowane rzemiostwo jak powiedzmy introligatorzy, zegarmistrze, które przynosiły większy dochód, to były opanowane przez element niemiecki lub żydowski. Natomiast Polaków było niewiele, ale ta grupa w tych dwóch innych jeszcze wyspecjalowanych rzemiosłach się powiększała.
Prof. dr hab. Witold Molik:
była coraz liczniejsza, to ta ludność mieszczańska też stopniowo, dzięki pracy, dzięki dokształcaniu się, dzięki pomysłowości, się powiększała i wypierała z tych sklepów Niemców i Żydów. I tutaj nie dochodziło w Poznaniu czy w Wielkopolsce do pogromów żydowskich. Po prostu drogą konkurencji wypierano. I następował już w ostatnich dziesięcioleciach ostrzuk, czyli uciekanie Niemców z tej prowincji na zachód Niemiec i podobnie Żydów. I liczba ludności w wyniku tej konkurencji, powiększania się liczebnego polskiego mieszczeństwa, dzięki temu, że ono było konkurencyjne również, stawało się coraz bardziej konkurencyjne, Ludność miejska się powiększała, stawała się coraz bardziej zamożna, a element niemiecki i żydowski przenosił się do centralnych i zachodnich prowincji Niemiec. Trwało to generacjami, im bliżej I wojny światowej, Tym to nie będę przytaczał liczb, bo tutaj słuchaczy nie będziemy cyframi zamęczać, ale ono się powiększało w sposób, także zbliżało się tak mniej więcej do połowy przed pierwszą wojną światową, że połowa była nadal w rękach niemieckich i żydowskich, a połowa była w rękach polskich. Prawie 50%.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie profesorze, czy możemy taką tezę zaryzykować, że współpraca zimiaństwa i inteligencji przyczyniła się do spolszczenia nieszczęstwa w Wielkopolsce?
Prof. dr hab. Witold Molik:
No to bym nie tyle w wyniku współpracy, bo proszę to… Pani mnie tutaj, Pani Ewelino, zainspirowała do takiej, powiedzmy, konkluzji. Wiemy, że w czasach Rzeczypospolitej Szlacheckiej, pierwszej Rzeczypospolitej, no szlachta przyczyniła się do tego, że mieszczaństwo było słabe, że ona walczyła o swoje przywileje kosztem mieszczaństwa. Rzeczpospolita Szlachecka nie miała silnego mieszczaństwa. No oczywiście były tam nobilizacje w czasach Sejmu Czteroletniego i próbowano tam A to dotyczyło głównie Warszawy, dużych miast w późniejszym, już po 1815 roku, Królestwie Polskim. Natomiast nie tutaj, a fenomenem wielkopolskim było to, że ziemiaństwo poparło rozwój mieszczaństwa, w przeciwieństwie do czasów I Rzeczypospolitej. I to była rzecz zasługująca na, powiedzmy, podkreślenie, że to ziemiaństwo opowiedziało, poparło program Karola Marcikowskiego i było jego współrealizatorem.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli właśnie ta współpraca, bo dla mnie to prawda.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Oczywiście tu jeszcze należy wymienić Karola Liberta, który po żenieniu się tam gospodował w Czeszewie i tak jak pisał w listach, jak ktoś się zajmuje rolnictwem, to już nie ma czasu na pracę literacką i na pracę naukową. No i to była słuszna uwaga, bo on był wikłany tak w kierowanie, no odziedziczył to po żonie, prawda, która wcześniej zmarła, ale w tym Czeszewie jest pochowany zresztą, gdzie, no bo też ważna postać, prawda, i też nie pochodzenia ziemiańskiego. Natomiast drugim tym filarem, o którym wspomniałem, było Towarzystwo Pomocy Naukowej. I ono jest nazywane w publicystyce matrycznikiem inteligencji wielkopolskiej. Celem było to wyłuskanie. z ludu, czyli z ludności niezamożnej, których nie stać było na kształcenie studiów, bo nauka, to trzeba podkreślić, w gimnazjum była bardzo kosztowna. Trzeba było płacić czesne, opłacać pensje. Trzeba było, wszystko było, niezbędne były tylko repetycje.
Prof. dr hab. Witold Molik:
bo z upływem lat wypierano język polski ze szkolnictwa średniego, a przede wszystkim z gimnazjum. Coraz więcej wprowadzano nauki, zwłaszcza od czasów po zjednoczeniu Niemiec i realizacji polityki germanizacyjnej przez Otto von Bismarcka. Także ta germanizacja szkolnictwa stopniowo była realizowana, rozszerzana. I siłą rzeczy, teraz proszę sobie wyobrazić, że ci chłopcy kilkunastoletni rozpoczynali naukę w gimnazjum w zależności od przygotowania najniższych albo od wyższych klas. mówię o synach ziemiańskich przede wszystkim, dobrze przygotowani w domu, to mogli być przyjęci już nie do pierwszej, to znaczy wówczas to była najniższa klasa, odwrotna była numeracja, czyli seksta, a najwyższa była pierwsza, zresztą do której trzeba było się uczyć dwa lata, to była pryma. I oni w tych gimnazjach mieli naukę łaciny, bo były to gimnazja klasyczne, greki i niemieckiego. Wszystko w obcym języku, nie polskim. Więc powtarzalność klas była bardzo wysoka.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Ja się nawet nie dziwię.
Prof. dr hab. Witold Molik:
I w tych warunkach zdobycie wykształcenia było trudne, a poza tym kosztowne, bo wszystko trzeba było opłacać, prawda? Utrzymywać się. Część tej niezamożnej młodzieży jakoś tutaj próbowała jakoś kształcić się, uczyć, dzięki korepetycjom udzielanym młodzieży ziemiańskiej. przerywała studia czy naukę w gimnazjum, żeby troszeczkę dorobić grosza i mieć na dalszą naukę. Także ta pomoc w postaci zapomóg, stypendiów udzielanych uczniom gimnazjalnym, bo o tym się zapomina, udzielanym uczniom, którzy uczyli się rzemiosła, tych bardziej wyspecjalizowanych rzemiosł, którzy uczyli się kupiectwa, bo Towarzystwo Pomocy Naukowej wspierało nie tylko młodzież kształcącą się w szkołach średnich i uczelniach wyższych, ale również uczącym się rzemiosła, kupiectwa. Udzielano często tylko wsparcia na egzamin, ale to była pomoc bardzo cenna, niezbędna. Trudno sobie wyobrazić ukształtowanie się nielicznej inteligencji w Poznańskim bez tego towarzystwa. Ono było nazywane matką czy matecznikiem polskiej inteligencji w Poznańskim. swoją pracę, swoją rozprawę doktorską właśnie objąłem jej zakresem chronologicznym lata 1841-1870, uznając, że w tym początkowym okresie założenie Towarzystwa Pomocy Naukowej było kamieniem milowym i to zostało zaakceptowane przez recenzentów i uznane przez recenzentów.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Ta cenzura, Od utworzenia Towarzystwa Pomocy Naukowej są różne szacunki, ale łącznie, bo ono przetrwało do wybuchu II Wojny Światowej i działało również w okresie międzywojennym, to szacuje się, że około 10 tysięcy osób, co na Wielkopolskę, było dużą liczbą, wysoką liczbą. Zdobyło wykształcenie. I oni mieli dług i wdzięczność wobec tego towarzystwa. Władysław Rawski pisał w jednym z swoich felietonów, my Marcinkowskiego syny. Taką ważną rolę odgrywało to towarzystwo w procesie kształcenia, kształtowania się inteligencji polskiej, poznańskiej, w porównaniu z Galicją i Królestwem Polskim, nielicznej. Ale inteligencja, im bliżej I Wojny Światowej, stawała się liczniejsza i ona przejmowała, bo ziemia jest o skutek, w następnych dziesięcioleciach skutek utraty majątków, również swojej polityki i innych okoliczności traciło na znaczeniu i ster ruchu narodowego przejmowała stopniowo inteligencję. Przełom XIX i XX wieku to jeśli idzie o te najważniejsze funkcje w polskim systemie organizacyjnym, bo wokół tych dwóch filarów, tu muszę jeszcze też to uzupełnić swoją wcześniejszą wypowiedź, powstawały różne organizacje. Towarzystwa przemysłowe, kółka rolnicze, Katolickie Towarzystwa Robotników Polskich, SOKÓŁ, Towarzystwo Czytelni Ludowych, I one miały pewną grupę działaczy.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Niektórzy działali w wielu organizacjach. I bardzo mi się podoba określenie użyte przez, bym powiedział, badacza prac organicznych w Poznańskim, profesora Witolda Jakubczyka, wielbłądy organizacyjne. Wielbłąd organizacyjny to jest określenie, które sobie też przyswoiłem, bardzo mi się podoba i jest trafne, bo niektórzy piastują w tyle funkcji, że już nie mają czasu właściwie prawie na nic, prawda? Koszczem rodziny, koszczem i tak dalej, ale udzielają się i są, że tak powiem, obciążeni tymi obowiązkami obywatelskimi, ale cały ten system, który Ludwig Bernhard, socjolog niemiecki, nazwał państwem w państwie. Zresztą ten mechanizm został świetnie ukazany w wspomnianej przeze mnie wojnie, tej najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy. Także to był pewien fenomen. Nie mamy tutaj możliwości, żeby przytaczać, ile powstało tych kółek rolniczych, ile powstało towarzystw czytelni ludowych dla młodzieży drobnomieszczańskiej, potem było SOKU, Towarzystwo Gimnastyczne, Można by tu jeszcze mnożyć, wymieniać dalsze organizacje, podawać liczby, ile ich powstało, ile było. Na to była gęsta sieć. I teraz szacuję się, że przed I Wojną Światową co pozostawało w zasięgu tego systemu organizacyjnego około 140 tysięcy ludzi.
Prof. dr hab. Witold Molik:
To była niezwykle wysoka liczba w porównaniu z innymi państwami. Ile teraz członków mają różne organizacje? Obecnie, a wówczas. Także ten program samomodernizacji doprowadził do sukcesu niebywałego.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie profesorze, chciałam wrócić do Karola Marcinkowskiego i jego współpracowników, o czym pan profesor powiedział. Czy w tej grupie znajdujemy kobiety?
Prof. dr hab. Witold Molik:
Są różne legendy, bym powiedział nieoparte. Można sobie na YouTubie obejrzeć film kobiety Karola Marcinkowskiego. No i ile było tych kobiet? Ja bym uważał, że to jest trafny tytuł. Raczej bym to użył, ile kobiet było zafascynowanych Karolem Marcikowskim. A nie tyle, ile on miał kobiet, bo wiadomo, że nie zawarł związku małżeńskiego. Kojarzy się go. Jest takie różne, tam powstają, nawet niewysokich lotów, utwory literackie, że było jakieś tam uczucie między Karolem Marcinkowskim a Emilią Szczaniecką, źródła tego nie potwierdzają. Tutaj się przypisuje mu, że mieszkał u aptekarza Kolskiego i że tam był jakieś związki z Albertyną Kolską.
Prof. dr hab. Witold Molik:
I wokół tych dwóch postaci, dwóch tych niewiast, toczy się narracja w tym filmie, ile kobiet miał Karol Marcinkowski. Więc tylko te dwie niewiasty. Natomiast rola kobiet była taka nieeksponowana. Tam jeszcze należy wymienić Bibiannę Moraczewską. Jestem gorącym zwolennikiem, żeby powstała monografia Bibianny Moraczewskiej. Natomiast tu kobiety odgrywały coraz większą rolę w ruchu narodowym. Im bliżej przełomu XIX i XX wieku, tym więcej ich się udzielało. Natomiast poza Emilią Szczaniecką, poza Bibianą Moraczewską, siostrami tłodzieckimi, Pauliną Wilkońską, która też, choć ona nie była Bitcońska była, natomiast tych kobiet takich bym powiedział inaczej.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Wiele z nich wymaga dopiero odkryć.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli mamy kolejne postulaty.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Potrzebne są biografie. Ja jestem gorącym zwolennikiem, żeby w większym stopniu doceniać udział kobiet w tym ruchu narodowym. One przejmowały często takie niewidoczne funkcje. Musiały sobie radzić.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli one są jeszcze tak naprawdę do odkrycia, do zbadania.
Prof. dr hab. Witold Molik:
W dużym stopniu.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Chciałam panu profesorowi jeszcze raz bardzo podziękować za zaproszenie, za bardzo ciekawą rozmowę i przekazanie ogromnej ilości ważnych informacji. Z państwem się żegnamy i widzimy w kolejnych naszych rozmowach.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Pani Ewelina, pani pozwoli, że ja też słuchaczom, widzom serdecznie podziękuję za uwagę.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Bardzo dziękujemy. Do zobaczenia.
Prof. dr hab. Witold Molik:
Do zobaczenia.