Styl życia ziemiaństwa w XIX i XX wieku

Rozmowa z prof. Witoldem Molikiem 41:40

Właściciel Rogalina i późniejszy prezydent Rzeczypospolitej na uchodźstwie Edward Bernard Raczyński, wspominał po latach, że na początku XX w. w Wielkopolsce „obywatel ziemski w tym rolniczo kwitnącym kraju prowadził życie uspołecznionego farmera, zajmował się pilnie i fachowo swoim gospodarstwem”. W kolejnym z cyklu naszych podcastów prof. Witold Molik z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu wyjaśni przyczyny procesu, który w ciągu niespełna stu lat dokonał tak głębokiej przemiany stylu życia ziemian wielkopolskich, w początkach XIX stulecia nie różniącego się jeszcze zbyt wiele od epoki saskiej. Zwrócimy uwagę na zupełną zmianę warunków gospodarowania wywołaną uwłaszczeniem chłopów, mobilizującą rolę zagrożeń związanych z polityką germanizacyjną i kolonizacyjną pruskiego zaborcy oraz przełomowe znaczenie działalności generała Dezyderego Chłapowskiego, a także przyjrzymy się dniu codziennemu i wielorakiej aktywności ziemian osobiście prowadzących postępowe gospodarstwo rolne na przełomie XIX i XX wieku

Transkrypcja

Dr Ewelina Kostrzewska:
Dzień dobry Szanowni Państwo, dr Ewelina Kostrzewska, Instytut Historii Uniwersytet Łódzki. Witam w kolejnym podcaście z naszego cyklu opowiadającym o historii ziemiaństwa. Dzisiejszy nasz temat, styl życia ziemiaństwa w XIX i XX wieku, a naszym gościem jest Pan Profesor Witold Molik z Wydziału Historycznego Uniwersytetu imieniem Adama Mickiewicza w Poznaniu. Historyk, wybitny znawca dziejów ziemiaństwa, Wielkopolski i inteligencji. Dzień dobry Panie Profesorze. Panie profesorze, dzisiejszy nasz temat to styl życia. Gdyby pan profesor zechciał przybliżyć nam to pojęcie, co rozumiemy pod tym szerokim terminem styl życia?

Prof. dr hab. Witold Molik:
Styl życia według definicji Wikipedii, a dawniej drukowanych encyklopediach, bywa tak często definiowany, że jest to zbiór wartości, zbiór nawyków. z zachowań, które mają wpływ na nasze doświadczenia, na codzienne postępowanie. W skład stylu życia wchodzą takie kwestie, zarówno jak wybór, nie tylko wybór jedzenia, ubioru, ale również wpływ tych czynników na nasze doświadczenia, na nasze emocje, codzienne postępowanie.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie profesorze, bardzo dziękuję. W związku z tym, że jesteśmy w pięknych salach, w pięknych przestrzeniach Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy, poproszę, żebyśmy dzisiaj, omawiając ten styl życia, skupili się właśnie na terenach Wielkopolski. Dobrze? Panie profesorze, kolejne moje pytanie będzie dotyczyło zmian w stylu życia ziemiaństwa w XIX i XX wieku właśnie tutaj na terenie Wielkopolski. Czy takie zmiany możemy zaobserwować?

Prof. dr hab. Witold Molik:
Zgodnie z Panią pytaniem, postaram się krótko scharakteryzować styl życia ziemiaństwa wielkopolskiego. Zresztą nie pokusiłbym się, nie odważyłbym się na charakteryzowanie stylu życia w innych częściach ziem polskich w XIX i początkach XX wieku. No bo istniały duże odrębności i to wymagają te odrębności dokładnego zbadania. Natomiast w swoich badaniach skupiłem się głównie na ziemiaństwie wielkopolskim, więc mi tutaj czuję się w jakimś zakresie kompetentny, żeby próbować odpowiedzieć na Pani pytanie.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Bardzo dziękuję Panie Profesorze i z niecierpliwością czekam.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Muszę powiedzieć, że ja się wielokrotnie zastanawiałem, próbowałem to opisywać w swoich publikacjach, jaka następowała ewolucja, jeśli idzie o styl życia ziemiaństwa wielkopolskiego. Może rozpocznę od tego, że w końcu XVIII i pierwszych dziesięcioleciach XIX wieku szlachta wielkopolska tkwiła jeszcze w dużym stopniu w czasach saskich. że właściwie bardzo dużo podróżowano z dworu do dworu, ale nie dbano o wygody. Wszyscy spali. Były też pewne problemy, jeśli chodzi o fizjologiczne potrzeby w okresie nocnym. No ale bawiono się, objadano, obowiązywała jeszcze pańszczyzna, choć tutaj już z czasa księdza warszawskiego Napoleon wniósł tę, bym powiedział, utworzył wolność osobistą chłopów. Ale to pod względem stylu życia to Wielkopolska przypominała w dużej mierze czasy XVIII-wieczne. Nie tylko, że nie dbano o wygody, ale właściwie można było tutaj żyć w dużej mierze ponad stan.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Nie martwię się, bo właściwie jedzenia podstawowego, czyli produktów do tych potraw spożywanych codziennie i oświetlnie było pod dostatkiem. Władza pruska była słabo obecna na prowincji. Owszem, w wyniku drugiego rozbioru w 1893 i potem powtórnie w 1815 wkroczyły wojska pruskie, ale urzędników pruskich było niewiele. I właściwie ta szlachta mogła sobie myśleć, że jest u siebie, że żyje sobie po dawnemu, że nie musi wiele zmieniać. A co innego, że te długi rosły, że majątki stawały się coraz bardziej zadłużone, że tutaj Pojawiały się wraz z tym, bo nieszczęścia lubią chodzić z parami, jak wiadomo, różne klęski żywiołowe, no ale można było sobie tak spokojnie egzystować. Z czasem jednak okazywało się, że długi trzeba spłacać. że banki pruskie, którym się to szlakta i zamożni właściciele ziemscy mocno zadłużyli, domagają się zwrotu tych zaciągniętych kredytów. Wspomniałem o klęskach żywiołowych, które były coraz liczniejsze.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Dochodziły do tego różne inne kataklizmy, no i koszty udziału najpierw w wojnach napoleońskich, a potem w powstaniu listopadowym. Wszystko to i nasilenie polityki germanizacyjnej, sprzyjanie nabywaniu majątków ziemskich przez Niemców, to wszystkie te czynniki powodowały to życie sobie takie spokojne, dostatnie, bym powiedział nawet życie ponad stan. powodowały, że to ziemiaństwo musiało się pozbywać majątków. I jedne po drugim majątki trafiały na sucharstwo. To wymagało zmiany w ogóle podejścia do pracy, inwestowania w posiadanych majątkach, bo równocześnie stopniowo wprowadzano, właściwie ta ustawa uwłaszczeniowa została uchwalona i wprowadzona w 1823 roku, W latach dwudziestych jeszcze niewiele, tam kilka tysięcy chłopów uwłaszczono, ale nasilenie uwłaszczenia następowało w latach trzydziestych i początkach lat czterdziestych XIX wieku za rządów Edwarda Heinricha Flotwela, który piastował stanowisko Naczelnego Prezesa Wielkiego Księstwa Poznańskiego. który był takim konsekwentnym germalizatorem i dążącym do ścisłego zintegrowania zajętych ziem wielkopolskich przez Prusy, a właściwie poznańskiego, z macierzystymi prowincjami monarchii hołędzoleryjnej. I zapiastowania przez Flodwela, tego urzędu naczelnego prezesa, inaczej można powiedzieć prezydenta prowincji, to utworzono specjalny też fundusz w 1835 roku na wykup majątków ziemskich z rąk polskich. Te procesy uległy zarówno uważeniu chłopów, jak i przechodzeniu majątku w ręce niemieckiej, przyspieszeniu.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Ziemiaństwo stanęło przedkonieczne, a nie miało też specjalnie, było zadłużone, nie miało środków na inwestowanie w majątki. Bo owszem, pozostawiano im w dużej mierze rzesze robotników, ludzi na wsiach, którzy nie zostali objęci uwłaszczeniem, tylko uwłaszczono tych, którzy posiadali co najmniej gospodarstwa skrzężajne, czyli takie, które mogli samodzielnie uprawiać. to brakowało środków na inwestycje. Trzeba było kupować nasiona, narzędzia, wyposażać folwarki, a równolegle koszty rosły, utrzymania, dochodziły klęski żywego, więc ta sytuacja była trudna. I rozpoczął się proces, przekrzałcania się stopniowo szlachcisa z fełdaną metalnością w nowocześnie gospodarującego ziemię lina. Ten proces następował powoli. Początkowo to tylko niewielu ziemian czy właścicieli ziemskich tutaj podążało tą drogą. Prekursorem za prekursora nowoczesnego postępowego rolnictwa uważany jest Dezyderek Łapowski.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Ale jego drogą podążało początkowo niewielu ziemian. Można tylko wymienić tutaj Macieja Mierzyńskiego w Chobiennicach, Józefa Służyńskiego i paru jeszcze innych. To byli Nieliczni ziemianie, którzy dostrzegali, że muszą modernizować swoje majątki według wzorów zachodnioeuropejskich. Zwłaszcza Dezderek Łapowski odbył podróże do Anglii i Szkocji i tam poznał najnowocześniejsze rolnictwo i stosował swoją zdobytą tam wiedzę. w swoich majątkach, których nie posiadał aż ogrom, bo mógł to wszystko spokojnie ogarniać. Natomiast dodatkowym takim czynnikiem, który hamował proces przekrzałcania się, to proces przekrzałcania się szlachcica z feudalną metanością nowocześnie gospodarczą, Były też nietrafione inwestycje. Moda zapanowała na tym, żeby budować okazałe obory, stajnie z kolumnami koreńskimi, z kapitalami koreńskimi, doryckimi, jakby to miało wpływ na wydajność krów, na to, ile one dostarczają, ile dają mleka. Nie wiem, może krowy w tych luksusowych.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Warunkach czuły się bardziej zrelaksowane.

Prof. dr hab. Witold Molik:
No może się czuły, ale wpływu na mleko to specjalnie nie miało. Wielu właściwie nie kierowało się rachunkiem ekonomicznym. Wydawało krocie na te wspaniałe, dzisiaj częściowo zachowane, mówi się o tym, że o takiej architekturze niedostrzeganej są wiele publikacji. na ten temat i w dużej mierze te pozostałości, to co osadało zostało w tomach poświęconych poszczególnym powiatom udokumentowane. Pokazują te tomy kolejne wydawane przez Narodowe Muzeum Rolnictwa w Syreniawie. tą ówczesną modę, która była owcem i przez część ziemian krytykowana, ale dodatkowo obciążała bardzo majątki ziemskie. Nawiązując do wątku, który przed chwilą rozpocząłem, stopniowo ta rzesza lepiej gospodarujących ziemia się powiększała. Ale proces ten odbywał się w wolnym tempie.

Prof. dr hab. Witold Molik:
On miał wpływ na życie codzienne, na styl życia, bowiem ziemianin, który decydował się na osobiste gospodarowanie swoich majątkach, a nie wyręczanie się personelem, czyli zarządcami, plenipotentami, administratorami, którzy też często nie mieli jeszcze wystarczającego wykształcenia. Dopiero rodziło się szkolnictwo rolnicze, stopniowo, powoli. Te nawyki, że ziemianin najlepsze dla niego to jest odbywanie studiów prawa, albo kameralistyki, gdzie też było, bym powiedział, w ramach studiów kameralistycznych były też przedmioty, które ułatwiały, czy pozwalały zdobyć wiedzę przydatną do gospodarowania w swoich majątkach, ale to nie były jeszcze fachowe studia rolnicze, które zaczęły się rozwijać, dopiero stopniowo zaczęły powstawać uczelnie dla właścicieli ziemskich, nie tylko, a dla tych, którzy chcieli poświęcić się gospodarowaniu w nich, a nie mieli własnych majątków, i piastowali później stanowiska plenipotentów czy administratorów dóbr. To miało wpływ na codzienny, również na spożywanie posiłków, na ubieranie się, na rozwijanie nawyku oszczędzania, na cały szereg zachowań. Z tym, że trzeba, warto podkreślić, że z drugiej strony znaczne części ziemiaństwa żyły po dawnemu. że nie zmieniały swoich zachowań, swojego postępowania, metod gospodarowania. No i ta część ziemiaństwa traciła swoje majątki w zastraszającym tempie. Nie ma chyba podręcznika dzieł w Polsce, których by nie była wspomniana Komisja Kolonizacyjna.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Powstała w 1886 roku. była to Kommission, czyli komisja osadnicza, nazywana w języku polskim komisją kolonizacyjną. Ziemiaństwo Wielkopolskie przed powstaniem tej komisji straciło na rzecz Niemców 800 tys. hektarów. Zastraszająco dużo. Co świadczy o tym, że ta grupa nowocześnie gospodarujących ziemian powiększała się długo, długo w wolnym tempie. W przyśpieszeniu te procesy uległy, czy proces uległ w ostatnich dziesięcioleciach i na początku XX wieku, I skutkował również tym, że o ile w pierwszych latach swego istnienia Komisja Koordynacyjna wykupiła dużo majątków rządów polskich, tak później to już tak musiała się ograniczać do tego, żeby chłopi nie kupowali majątków niemieckich. Stan zamożności chłopów się też powiększał i oni mogli Do tego może jeszcze przy innej okazji powrócimy.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Ludność chłopska, robotnicy rolni, którzy dorobili się jakichś niewielkich sum na emigracji, czy podczas wychodźstwa do centralnych i zachodnich prowincji, II Rzeszy, nabywali niewielkie parcele i ten proces w okresie istnienia Komisji Kolonizacyjnej się już zmniejszał. Strona niemiecka już mogła mniej nabywać z tych majątków, a strona polska mogła powiększać swój, powoli, ale swój stan posiadania. I proces przekształcania się szlachcica, nowocześnie gospodarczego, używano. na przełomie XIX i XX wieku określenia, że on się przekształcał, że tutaj w Wielkopolsce byli gentleman farmerzy. Pojęcie gentleman farmera było już wówczas dość w publicystyce ówczesnej dość często używane. I teraz postaram się odpowiedzieć, wracam wreszcie, bo w takim wstępie, do odpowiedzi na pani ważne pytanie, jaki to miało wpływ na codzienne życie, na styl życia tej części ziemiaństwa, która stawała się tymi gentleman farmerami. Otóż, miało to wpływ na podejście do czasu i pracy. że ten czas stawał się coraz bardziej ceniony, bo taki ziemianin, który zarządzał osobiście swoimi majątkami i panował nad gospodarowaniem, nad swoimi wydatkami, to miał czas bardzo ograniczony.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Wstawał codziennie wcześnie rano. Doglądał wymarsz robotników forwarcznych, czy tych wszystkich prac podwózowych, polowych, obchodził i tak dalej. Później objeżdżał pola. Następnie, oczywiście w międzyczasie tam spożywał śniadanie, potem po przerwie obiadowej miał trochę więcej czasu na korespondencję czy na czytanie gazet, ale głównie ten czas wolny miał niewiele czasu wolnego, ponieważ musiał doglądać prac we folwarku i prac polowych. Musiał przede wszystkim mieć odpowiednią wiedzę, znać się nie tylko na agrotechnice, Po drugie, musiał mieć wiedzę o finansach w systemie prawnym, mówiąc o tym w Prusach. być, znać prawo wekslowe, różną wiedzę, która była przydatna do zarządzania majątkiem. Poza tym był zaangażowany w różne organizacje. społeczne, gospodarcze i inne, także miał tego czasu niewiele.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Czyli musiało to funkcjonować życie we dworze czy w pałacu według określonych reguł. miały też ten proces wpływ na układ wnętrz i na budownictwo, w ogóle budowę pałaców rezydencji ziemiańskich, wcześniej szlacheckich. Mało się o tym pamięta, ale w latach jeszcze właściwie całej pierwszej połowie XIX wieku w Wielkopolsce dominowały drewniane dwory. Pałaców wybudowano w końcu XVIII wieku około ponad trzydzieści. Te dwory drewniane były zastępowane przez pałace czy rezydencje murowane o różnych walorach architektonicznych. Ten proces miał też wpływ na układ wnętrz, na usytuowanie kuchni. Mianowicie jeszcze w pierwszych dziesięcioleciach XIX wieku, kiedy to życie spędzano na wzajemnych odwiedzinach, mało się szlachcice zajmowali wówczas swoimi folwarkami, przynajmniej większość, i podróżowali z jednego dworu do drugiego. Tam się, że tak powiem, odbywały uczty, spotkania, różne zabawy.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Natomiast No i oczywiście ta granica między pomieszczeniami prywatnymi a takimi, bym powiedział, oficjalnymi się zacierała. A teraz następuje podział. Jest podział na apartamenty prywatne i te, przy których się przyjmuje gości. Czyli proszę zwrócić uwagę, Pałac w Dobrzycy powstał w końcu XVIII wieku dla Augustyna Gorzyńskiego, czyli Sala Balowa. Sale balowe były w tych pałacach, w Pawłowicach, w Rydzynie. Mógłbym wymieniać cały szereg przykładów z Wielkopolski. W XVIII wieku one były potrzebne. W Rogalinie Kazimierz Raczyński przyjmował tam swoich gości, więc musiała być Sala Balowa.

Prof. dr hab. Witold Molik:
sale balowe, rezydencji 19-wiecznych znikają, bo nie są już potrzebne. Na osi to ważne miejsce, ważną funkcję przejmuje hal, przejmuje salon i one są jadalnia i te apartamenty są oddzielone od apartamentów prywatnych.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli mamy taki podział na finanse.

Prof. dr hab. Witold Molik:
I on się tak zaostrza, kiedy poprawia się, a sytuacja ekonomiczna ziemiaństwa wielkopolskiego poprawia się dopiero na początku, kiedy jest świetna koniunktura rolnicza w całym Cesarstwie Niemieckim na początku XX wieku, to wówczas oni tak modernizują swoje rezydencje, że pojawiają się łazienki, których jeszcze nie są wtedy na początku XX wieku częste w hotelach paryskich nawet, a już są w rezydencjach tutaj wielkopolskich, co dokumentują niektóre pamiętniki. Także dba się coraz bardziej o wygodę i funkcjonalność. I co jest jeszcze charakterystyczne? Tam prowadzono, zbierano i przechowywano różne akta w czasach staropolskich. Natomiast tu jest z osobnym wyjściem, w pałacach pojawia się kancelaria czy gabinet pana domu. Którym on przyjmuje miejsce pracy, gdzie to często jest, nie często, ale zdarza się, że to jest kilka pomieszczeń, gdzie jest zgromadzona literatura fachowa rolnicza, gdzie wiszą poroża upolowane, strzelby, inne pamiątki, dyplomy uzyskane na uniwersytetach niemieckich. na ścianach różne portrety, obrazy, czyli to jest wydzielona część osobnym wyjściem, żeby można tam przyjmować personel administracyjny, żeby można przyjmować chłopów, którzy przychodzą tam w różnych sprawach, żeby udzielać rad i odbywać te czynności i też gromadzić dokumentację, bo ta rachunkowość zaczyna stopniowo dochodzić do głosu jest bardzo popularyzowana w czasopismach rolniczych, ziemianinie i innych, adresowanych do ziemiaństwa. I to jest osobna… Także to jest z jednej strony.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Po drugie, musiały się odbywać posiłki o określonych porach. Przestrzegano punktualności. Były dwory, gdzie jak dzieci się spóźniły, nie przyszły o określonej porze. no to spotykały je tam odpowiednie reprymendy. Zwracano także… Coraz bardziej ceniono swój czas i pracę. W jednej z recenzji wydawniczych, która bardzo odkryła mi w pamięci, z moich publikacji, profesor Stefan Kieniewicz zawarł taką uwagę, że jeszcze w okresie międzywojennym, Gość na Kresach Wschodnich mógł przyjechać do dworu o każdej pozy. Był witany.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Ale musiał się liczyć z tym, że Spotkałem go różne niewygody, że zostanie bardzo gościnnie przyjęty, ale jego posłanie niekoniecznie będzie w komfortowych warunkach. Będzie musiał przenosować, ale to było ważne, bo dróg nie było tam jeszcze za dobrych. Ten gość przywoził wiadomości ze świata, więc był mile widziany, ożywiał to życie i tak dalej. W tym czasie w Wielkopolsce trzeba było się telefonicznie albo listownie zapowiedzieć. Pan domu musiał być na to przygotowany, że będzie miał gościa i że będzie musiał mu poświęcić swój czas. I to była ta… Jeszcze w okresie międzywojennym te różnice były takie… Bardzo ostre, bardzo wyraźne.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Takie znaczne. No i… Ale to świadczyło o tym, że to zabieganie, to zajęcie przez cały dzień, często niektórzy, żeby upodatkować swoje dokumentacje gospodarczą, Związano, bo to nie tylko były te plany, prawda, co zasiać, prawda, i tutaj co hodować i etc., ale również trzeba było mieć, jak wspomniałem, wiedzę o systemie prawnym, o finansach i tak dalej, więc była cała dokumentacja, cała rachunkowość, żeby nad tym zapanować. No to niektórzy siedzieli przez całą noc w niektórych dniach, prawda, tygodnia. i pracowali w tych swoich kancelariach. Z czasem zatrudniono coraz więcej personelu. Jak była wielkotowarowa produkcja w majątku ziemskim, to konieczne było zatrudnianie różnych sił pomocniczych, którzy pomagali, czy byli przydatni w pracach biurowych.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Ale do tego też potrzebne były finanse, żeby można płacić tym pracownikom pensję.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Oczywiście, ale to jest kwestia taka tutaj, że to były świetnie prowadzone gospodarstwa.

Dr Ewelina Kostrzewska:
No właśnie. I można było sobie na to pozwolić.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Tak, ale to w dalszym ciągu jesteśmy przy tych Gentleman Farmers. Natomiast druga część to była tak, jak nie dbała o to wszystko i musimy mieć proporcje, prawda, bo nadal niektórzy, no, wydali więcej czasu w miastach, na podróżach, podróżowano, no, bardzo dużo przemieszczano się, bo jeżeli byśmy przeszli do podróży, to jest ogromny tutaj, duży temat, Mianowicie były różne cele podróży. Na przyjemności i z konieczności. Jak Pani łaskawie tu zauważyła, z przyjemności i konieczności, a nazwijmy je z konieczności. Trzeba było podróżować na wystawy rolnicze, żeby się załatwić różne sprawy finansowe, gospodarcze w pobliskich czy w stolicy prowincji w Poznaniu.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli podróże zawodowe.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Właściwie moglibyśmy tak nazwać. Jeszcze jak do lat siedemdziesiątych głównym takim źródłem dochodów było w Czarnie, była Wełna, że na tej jarmarki do Poznania wybierano się i sprzedawano tam w czerwcu wełnę, ale konkurencja wełny australijskiej, nowozelandzkiej spowodowała, że zanikała i trzeba było się przestawić w ostatnich dziesięcioleciach produkcję wielotowarową, na bardziej hodowlę bydła, na produkcję zbożową. Także to jest cały kompleks problemów. Ziemianin był, jeżeli osobiście zarządzał swoimi dobrami, ogromnie zajęty i on musiał mieć wszystko uregulowane, że czas jak w zegarku, musiało się wszystko toczyć, życie codzienne podporządkowane właśnie tym zaangażowaniom, bo ziemianki. Lubiony Pani temat, ziemianki.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Tak, Panie szefie.

Prof. dr hab. Witold Molik:
To one też coraz bardziej zajmowały, bo zwiększała się liczba gospodarstwa przypałacowego, gdzie nie tylko niektóre były tak zaangażowane, że miały niewiele czasu na edukację, na zajmowanie się swoimi dziećmi, bo tu musiała doglądać jak parku, czy tam wszystko się, czy tych hodowli, drobiu, warzyw i tak dalej. Sama też musiałam mieć określenie, dużą wiedzę do prowadzenia tego kobietsego gospodarstwa we Woldwarkach. I co ważne, to gospodarstwo przenosiło znacznie dochód w ogólnym bilansie majątku ziemskiego. Przenosiło sporo od niekiedy.

Dr Ewelina Kostrzewska:
My możemy powiedzieć, że ziemianki też pracowały zawodowo.

Prof. dr hab. Witold Molik:
No, w dużym stopniu, prawda? W tym gospodarstwie wiejskim. Ja bym powiedział, że to temat jest, który powinien być bardziej eksplorowany. Za mało jest o ziemionkach. Ja postuluję od dawna, żeby było zwiększenie badań, przede wszystkim nadziemionka.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Ja popieram absolutnie w stu procentach postulat pana profesora.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Także to, no jeszcze powiem, że to miało, zachodziły procesy, one były bardziej widoczne, ten proces był bardziej widoczny w okresie międzywojennym, bowiem jeśli chodzi o kuchnię zimną, tym co podawano na stoły w pałacach i dworach, czy to, bo były przecież pierwszy stół, drugi i trzeci stół, także dla tych najniżej uplasowanych budżetniczystów.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Mówimy oczywiście o pracownikach zatrudnionych w Niemczech.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Tak, dla tych najniżej uplasowanych pracowników we folwarkach. One tutaj, folwark był długo, długo samowystarczalny, czyli sporządzano, wykupowano jedynie używki, prawda, czy jakieś alkohole, czy inne.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Kawa, cukier, herbata, korzenie.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Tak, to, to, to, to. A inne produkty były z majątku, z folwarków czy, czy, czy, czy z folwarków, jeżeli był większy, większy, większy majątek. I natomiast z czasem dostrzegano, że właściwie nie opłaca się. że lepiej wysłać do pobliskiego miasteczka woźnicę i przywiezie nam mięso z masarni czy z piekarni pieczywo. To po co to? I w okresie międzywojennym wiele majątków kupowało to i wysyłało odpowiednie powiedzmy powóz po te produkty. I coraz więcej takich przykładów.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Taka specjalizacja w tych majątkach.

Prof. dr hab. Witold Molik:
I tutaj ten rachunek ekonomiczny miał coraz większą, odgrywa coraz większą rolę.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie profesorze, ja się tak zastanawiam, słuchając właśnie o tych zmianach, o tym przekształcaniu, o tym takim uporządkowaniu też tej działalności, na ile to były wzorce niemieckie, wzorce pruskie w tym właśnie takim porządkowaniu tego życia?

Prof. dr hab. Witold Molik:
Właśnie na tym rzecz polega, że kto dla Prusaków, dla Prus był wzorem. Anglia. I właśnie poprzez to, że ja bym to powiedział tak, że osobny temat to jest jakiś, czy dla tych nawet poświęciłem temu osobny artykuł, jakie trzy w ogóle jest pytanie, na które jeżeli rozmawiamy o ziemiaństwie, a warto je postawić, które nie zostało zbadane, a wymaga badań, czy majątka, które należały do Rosjan na ziemiach zabranych, niewiele ich było w Królestwie, ale głównie na ziemiach zabranych, ci pracownicy mieli lepiej niż w polskich, czy w niemieckich mieli lepiej niż w polskich. To na to pytanie nie mamy jeszcze odpowiedzi, bo to tak wyrywkowo to można powiedzieć, mieć jeden przykład, że tam Niemiec lepiej wynagradzał, lepiej płacił i że dbał bardziej o tych swoich pracowników. Ale ja mogę podać przykłady z polskich majątków też. Dbałości i w ogóle zaniedbania, ale to jest temat na osobną rozmowę.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Ale mamy kolejny postulat.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Natomiast trzy, bo jest tak, że nie uczymywano kontaktu, ale się podpatrywano. Więc jedno nie wyklucza drugiego. Także na ile to w ogóle życie w państwie pruskim czy w państwie rosyjskim powodowało, że nie tylko ziemiaństwo, ale różne inne warstwy społeczne się przystosowywały. Następowała akulturacja, która jest moim takim, bym powiedział, ulubionym tematem. Akulturacja, która się pogłębiała z upływem lat. Im bliżej I Wojny Światowej, tym przejmowano, zastrzegano się, że my tu w Wielkopolsce z Niemców, z Prusaków nic nie życzymy, szereg pewnych nawyków, zachowań. Jednak mimo wszystko przez samo życie w systemie określonym wpływało…

Dr Ewelina Kostrzewska:
Oczywiście, żeby przetrwać, żeby funkcjonować, należało się przystosować.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Tak, przystosować. No i z tego względu to… Ale to już właściwie jest odrębny temat, prawda? Ale jak Pani zadała mi pytanie, no to Próbuję odpowiedzieć. Ja bym powiedział tak, że przejmowano pewne zachowania, pewne elementy bezwiednie. W ramach tego, żeby egzystować, żeby tutaj nie stracić, no to trzeba było jednak, żeby funkcjonować w miarę korzystnie dla siebie, trzeba było pewne cechy przejmować.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Tak jest, żeby po prostu przetrwać. Tak. Jak pan profesor powiedział, punktualność jest cnotą wielkopolską. Czas nas nieubłaganie…

Prof. dr hab. Witold Molik:
No szkoda, szkoda.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Czas nas nieubłaganie goni. Będziemy jeszcze mieli, zapewne panie profesorze, okazję porozmawiać. Dla dzisiaj bardzo, bardzo panu profesorowi dziękuję za wyjątkowo ciekawą rozmowę, za wyjaśnienie pojęć, które wydają się oczywiste, a są trudne, ponieważ wcale takie oczywiste nie są. Na dzisiaj bardzo dziękuję. Żegnamy się z Państwem. Do zobaczenia w kolejnych podcastach.

Prof. dr hab. Witold Molik:
Ja też bardzo dziękuję za miłą rozmowę. Temat jest tak szeroki, że trudno go wyczerpać.

Dr Ewelina Kostrzewska:
To prawda, panie profesorze, ale jak zostawimy naszych słuchaczy z niedosytem, to jest duża szansa, że poszukają w literaturze.

Prof. dr hab. Witold Molik:
No właśnie na to należy liczyć.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Tak jest. I tym akcentem kończymy naszą dzisiejszą rozmowę. Do widzenia.