W kolejnym z serii podcastów poświęconym tak ważnej dla dziewiętnastowiecznego ziemiaństwa sferze życia, jaką były podróże, zajmiemy się tym razem dalekimi wojażami arystokracji i bogatego ziemiaństwa po Europie, a naszym przewodnikiem po panujących w tym zakresie zwyczajach będzie prof. Kazimierz Karolczak, przez wiele lat związany z Uniwersytetem Pedagogicznym im Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Przyjrzymy się bliżej powodom, dla których udawano się za granicę (od kulturalnych po matrymonialne), popularnym trasom i punktom docelowym wyjazdów, przeradzających się niekiedy w dłuższe kilkuletnie pobyty, zastanowimy się, jakie uroki miały dla ówczesnych tyrolski Meran czy położona nad Adriatykiem Abacja, dlaczego nie zawsze lubiano kuchnię zagraniczną i jak sobie z tym radzono, a także jak podróżnicze doświadczenie wpływało na światopogląd interesującej nas grupy społecznej
Transkrypcja
Dr Ewelina Kostrzewska:
Dzień dobry, witam Państwa serdecznie. Dr Ewelina Kostrzewska, Instytut Historii, Uniwersytet Łódzki. W kolejnym podcaście z cyklu Historia dzieje ziemiaństwa będziemy rozmawiać o Europie poznawanej w podróżach odbywanych przez ziemiaństwo. Naszym dzisiejszym gościem jest pan profesor Kazimierz Karolczak z Krakowa. Pan profesor jest wybitnym specjalistą, jeżeli chodzi o historię arystokracji, ziemiaństwa, a także badaczem dziejów Galicji. Dzień dobry, witam Panie Profesorze.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Dzień dobry.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie Profesorze, właśnie Europa, ziemiaństwo, podróże. Może zaczniemy od tego, czy te podróże przez cały wiek XIX wyglądały tak samo?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Podróże kształcą i one kształciły zawsze ziemiaństwo, zwłaszcza bogate ziemiaństwo zdawało sobie z tego sprawę. Stąd wysyłano w takie podróże swoje pociechy dorastających, zwłaszcza synów. wysyłano w takie podróże edukacyjne po Europie. Oczywiście te podróże nie wyglądały tak samo w pierwszej połowie XIX wieku, jak w drugiej. Rewolucja zrobiła kolej. W pierwszej połowie XIX wieku podróżowano dyliżansami. Taki dyliżans, który z Krakowa do Warszawy jechał przez ponad 50 godzin. W latach trzydziestych, kiedy wprowadzono tzw.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Steinkelerki, czyli Piotr Steinkeller, który zaczął produkować powozy, tak udoskonalił tą podróż, że w 22 godziny dojeżdżano z Krakowa do Warszawy. Oczywiście udoskonalił dzięki temu, że były przeprzęgane konie, że była bardzo duża dyscyplina i woźniców, Podróże stawały się szybsze, ale to, co w pierwszej połowie XIX wieku można było przyspieszać, to tylko prędkością biegu końskiego. Natomiast kiedy pojawia się ten żelazny smok, czyli kiedy pojawia się kolej, to wtedy przyspieszenie każdej podróży jest możliwe i otwiera się też droga na Europę. Bo dyliżansem można było podróżować pomiędzy zaborami. A koleje to już jest jakby taka bajka, która dotyczy budowy kolei w obrębie jednego państwa. A więc żeby były połączenia międzyzaborowe, to na to też było potrzeba troszeczkę czasu.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Żeby te linie kolejowe zostały spięte.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Tak, żeby spięte albo żeby można było przejechać, powiedzmy, jeżeli się stworzyło, zbudowało kolej, która łączy Kraków ze Lwowem, Kraków z Wiedniem, Z Wiedniem to już mamy kolej warszawsko-wiedeńską, w koniec lat czterdziestych i ona nałączy Izabel Rosyjski, czy okolice Krakowa i Wiedeń. Potem się buduje na Lwów, ale ważne jest połączenie koleją górnośląską z Wrocławiem. Wrocław jest tym oknem na Europę. Czyli jak się z Krakowa dojechało do Wrocławia, to z Wrocławia już można jechać na Poznań, na Berlin, na Lipsk, więc rozszerza się.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli Europa się bardziej otwiera. Ale czy to znaczy, panie profesorze, że w tej pierwszej połowie wieku XIX, kiedy właściwie jedynym środkiem podróżowania był ten dyliżans, nie jeżdżono na zachód Europy? Nie odwiedzano krajów europejskich?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Dyliżans nie był jedynym środkiem podróżowania, bo linie dyliżansów były stosunkowo nieliczne. Natomiast ziemianie podróżowali wtedy, a to były tak zwane poczty. Poczta, która w XIX wieku trochę inne miała znaczenie jak dzisiaj, czyli poczta to nie było tylko dostarczanie listów czy paczek, ale poczty przewoziły ludzi. Czyli te poczty miały więcej tych takich linii, aniżeli te bardzo szybkie dyliżanse. Ale tymi pocztami, na przykład poczta austriacka, zapewniała, że można było ze Lwowa dojechać do Wiednia. Trwało to dłużej, były krótkie postoje, gdzieś trzeba było zjeść i tak dalej. Natomiast ziemiaństwo, to bogate ziemiaństwo, podróżowało też własnymi ekwipajarzami, czyli powóz, którym podróżowali ludzie, za tym, jeżeli to wymagało i tego, zwłaszcza w pierwszej połowie XIX wieku, szedł drugi powóz, który wiózł bagaże, wiózł zastawę, przecież trzeba było z sobą mieć talerze, widelce, oczywiście nie porcelanę. W podróż nie brano porcelanę, bo by się wytłukła.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
I wtedy tylko korzystano z koni na tych stacjach pocztowych, czyli podnajmowano konie. Podróżowano też w taki sposób, że od znajomych do znajomych. Czyli na zasadzie takiej, że jeżeli ziemiaństwo utrzymywało z sobą kontakty, to można było zaplanować, że się powiedzmy dziennie przejeżdżało kilkadziesiąt kilometrów, no 70 to już było dużo. i się nocowało, czasem nawet zatrzymywało się na dwa dni, żeby i konie odpoczęły, i żeby ludzie odpoczęli, towarzysko się z kimś spotkało i się jechało do kolejnego znajomego, z którym się utrzymywało kontakty. Ja jakby zawsze przypominam, że w takich odwiedzinach, Wtedy nie wymagano wcześniejszego uzgodnienia, nie trzeba było listu wysyłać, nie trzeba było, jak już był telegraf czy nawet telegrafu, chociaż wtedy już bardziej z tego korzystano, można było do dworu zajechać o każdej porze dnia i nocy i dwór przyjmował, dawał nocleg. Oczywiście w tej obrębie, tej sfery ziemiańskiej.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli po prostu tak podróżowano od znajomego, tak jak Pan Profesor mówi, od znajomego do znajomego i tak można było sobie pojeździć.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Ale nie po Europie, to po ziemiach polskich.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Właśnie, to po ziemiach polskich. A jak już przekroczyliśmy te granice ziem polskich i jedziemy do Europy, mamy ten swój już ekwipaż, który wiezie nasz, mamy to, co jedzie za nami, czyli nasze bagaże, nasza zastawa, nie wiem, pościel też?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Też, to wszystko wtedy trzeba było w podróży mieć, bo się nocowało gdzieś w karczmach i to te karczmy były, znaczy to się mówiło też stacje pocztowe. Te stacje pocztowe były różnej jakości. Powiedzmy najlepsze, przynajmniej w XIX wieku, mówiono, że te poczty pruskie, że te stacje były w miarę dobre. Natomiast niektóre, no to ziemianie przynajmniej wręcz unikali tych stacji pocztowych, bo był brud, były insekty, więc to w taki sposób funkcjonowało, więc trzeba było mieć też wszystko swoje, żeby tam przenosować.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Ale rozumiem, że tam też wynoszono jakieś opłaty za nocleg w takim miejscu, pomimo, że taki trochę, bym powiedziała, swój mały dom wieźliśmy ze sobą.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Tak, tylko ten mały dom, to było stać na to tych najbogatszych. Natomiast ci inni jechali, wynajmowali, czyli korzystali z tej poczty cesarskiej, czyli wykupywali miejsce. Podróżowali od stacji do stacji, gdzieś dawano im jeść, za które musieli też płacić. Były też takie zabawne przypadki, ale tak działała poczta pruska, która wożąc z Krakowa już na Dolny Śląsk, to prócz tego powozu krytego, ciągnęła jeszcze za sobą odkryte, no nie wiem jak to nazwać, powóz, coś co nie miało dachu. Po to, żeby była większa ilość miejsc. Część w tym powozie, no to powiedzmy 6-8 osób z dachem zakrytym, w bardziej komfortowych warunkach. Natomiast w tej przyczepie, bez dachu, odkrytej, tam były tańsze miejsca, więc albo sadzano osoby, których nie było stać na kupno droższego biletu, albo… Co bardzo ciekawe, sadzano tam młodych ludzi.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Tu w sytuację takie, że jedzie młody hrabia ze swoim nauczycielem, preceptorem, który jest na ogół pochodzenia szlacheckiego, ale on się wynajmuje do zajmowania się tym młodym hrabią. Więc jak kupują bilet, to ten nauczyciel jedzie w tym powozie zakrytym. A ten młody hrabia, mimo że jego rodzice fundują ten podróż, siedzi okryty jakimiś pelerynami, nawet jak deszcz pada, w tym odkrytym powozie. To było bardzo wychowawcze. I to ziemiaństwo w taki sposób traktowano nauczycieli, którzy mieli dawać przykład ich pociecham.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie profesorze, zostając przy tych warunkach podróżowania, przenieśmy się teraz w tą drugą połowę wieku XIX. Powiedział pan, że tam była taka ta rewolucja, bo właśnie pojawił się ten Żelazny Smok i to zmienia zdecydowanie warunki podróżowania. Więc jak one wyglądają wtedy?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Zmienia w sposób bardzo radykalny, bo po pierwsze przyspiesza podróż, a po drugie umasawia. Czyli jeżeli tym powozem podróżuje kilka osób, to tu mamy kilkadziesiąt osób, nawet możemy powiedzieć, że więcej w zależności od tego, ile tych wagonów dopięto. ale powiedzmy 100 osób może podróżować spokojnie. Więc to umasowienie to jest też zmniejszenie kosztów. Bilet na pociąg kosztuje dużo mniej, aniżeli przemieszczanie się po wozy. Wobec tego stać na tą podróż nie tylko najbogatszych, ale coraz częściej wtedy z tych podróży korzysta inteligencja. Adwokaci, lekarze, którzy jadą na urlopy, ich już na to stać, bo ta podróż odbywa się na tyle szybko, że jak on swoją praktykę zamknie na miesiąc, to on jest w stanie dojechać gdzieś do powiedzmy kurortu jakiegoś, wypocząć i wrócić. A jeżeli by to było, tak jak w pierwszej połowie XIX wieku, powozem, to on by dwa tygodnie jechał w jedną stronę i dwa tygodnie wracał.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
I on nie mógł sobie na to pozwolić. To musieli być ci bogaci ludzie, którzy mogli sobie tak podróżować.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie Profesorze, ale jednocześnie ten pociąg też jest zróżnicowany, przecież mamy pierwszą, drugą, trzecią klasę, także, że tam te podziały społeczne i finansowe też są zauważalne.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Tak. To są takie wagony, które wówczas np. mówiono pół kupé, czyli ma oddzielny przedział dla siebie. Oczywiście nie jedzie taki ziemianin, arystokrata sam w tym przedziele, tylko obok ma jego lekarza, bo ci bogaci arystokraci jak podróżowali po Europie, a wyjeżdżali na długo. Zdarzały się takie wyjazdy już w osób starszych, które miały bardzo dobrze poustawiane swoje majątki, zarządzanie i tak dalej, więc taka podróż się odbywała w taki sposób, że ktoś ze wschodniej Galicji, czyli z okolic Lwowa, jedzie pociągiem do Krakowa, w Krakowie zatrzymuje się na kilka dni, w dobrym hotelu, w Grandzie, w Saskim, Mając potrzeby kulturalne to idzie do teatru, odwiedza muzea, ale obowiązkowo jest wizyta u znanego lekarza, profesora uniwersytetu, u którego zasięga się porady, gdzie jechać na kurację. Oczywiście ta kuracja jest słowem wytrychem, to nie trzeba być chorym, żeby jechać na kurację. Wyjeżdżanie do kurortów to jest swego rodzaju obowiązek towarzyski. bo tam się spotyka równy k sobie, tam się nawiązuje też kontakty towarzyskie z ziemianami, z arystokracją, z innych zaborów.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
I ten lekarz znając, Ten profesor, znając i możliwości finansowe takiego pacjenta, znając jego upodobania, poleca Bad Ems, Wiesbaden czy inny kurort, a jednocześnie zapewnia pierwszy kontakt, czyli on wysyła telegram, do lekarza z tego kurortu, który już czeka na pociąg, którym przybywa ten pacjent, czy z rodziną, czy z towarzyszącym lekarzem, ze służącym, bo to tak się jeździło, i odbiera ich ze stacji kolejowej, wiezie do kurhauzu, czyli domu zdrojowego, gdzie ma już zarezerwowane pokoje. Oczywiście nie w jednym pokoju mieszkają, czasem jest pół piętra zajęte. I daje pierwsze porady, czyli ustala program kuracji. co będą robić i tak dalej. Noclegi w Kurhausie nie każdemu odpowiadały, więc z reguły po jednym, dwóch noclegach już szukali gdzieś dobrego hotelu, się przenosili, natomiast opieka, lekarza pozostawała. Te wyjazdy, Powiedzmy, jak mówimy o tym, że w Krakowie lekarz polecał, gdzie jechać. To też nie było tak, że on prosto jechał do uzdrowiska. Jechano do Wrocławia koleją górnośląską.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
We Wrocławiu się zatrzymywano na znowu pewien czas, były muzea, były teatry. Czasem tydzień siedziano we Wrocławiu i dopiero potem jechano koleją dalej.
Dr Ewelina Kostrzewska:
A czy był jakiś taki najmodniejszy kurort?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
No to tu chociażby to, co przywołałem, Wiesbaden, Bad Ems, to wtedy, ale też Ostende, jeżeli byśmy mówili bardziej na północy, Belgia. Był Bjaritz, ale tu jeśli chodzi o Bjaritz, czyli mówimy o Francji, Polska arystokracja nie lubiła, tam jeździli. Ale bardzo często spotykało się potem gdzieś takie opinie w korespondencji, że te małpy moskiewskie tam bywają, arystokracja rosyjska.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli towarzystwo było nieodpowiednie dla… Towarzystwo rosyjskie.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Było myślę, że tak jak dzisiaj. To byli ludzie kilkakrotnie bogatsi od tej polskiej arystokracji. To byli tacy kryzusi finansowi, oni pogardzali powiedzmy innymi. Oni się bardzo wynosili w tych w uzdrowiskach i stąd ta polska arystokracja, która z sobą się kontaktowała i uważała się za zamożnych, dobrze wychowanych, to raptem czuła się w tym towarzystwie rosyjskim źle i tam nie jeżdżała. W NICEA się jeździło grać w kasynach, przegrywać majątki i tak dalej.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli i takie atrakcje można było spotkać w uzdrowisku. Czyli nie tylko leczymy się wodami, nie tylko jeździmy do łód, ale też prowadzimy bogate życie towarzyskie, które czasem może zaowocować utratą majątku.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Przede wszystkim życie towarzyskie. Ja tylko przypomnę, że jak jechano do uzdrowisk w krajach niemieckich, austriackich też, bo z reguły jak się kończyło lato, to wyjeżdżano przez Bawarię do Austrii, zatrzymywano się na jakiś czas w Meran i w Bolcen. Dzisiaj to jest włoskie, czyli Merano-Bolcano. Meran dlatego, że tam czasem przyjeżdżał cesarz, Franciszek Józef. przyjeżdżał tam wypocząć, cesarzowa się pojawiała, tylko oni tam nikogo nie przyjmowali, tam nie było audiencji, ale polski arystokrata starał się pokazać na spacerze. Czyli jak, powiedzmy, cesarz wyjeżdżał powozem na spacer, to polscy arystokraci pilnowali, żeby chociaż z drugiej strony rzeczki, zdjąć kapelusz, ukłonić się i żeby cesarz zauważył. Czyli to był ten kolejny etap, gdzie się odbywa podróż, a potem się jechało do Włoch. Czyli już zaczyna się jesień, to się jedzie coraz bardziej na południe, żeby było cieplej.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Włochy to Florencja, Toskania, Wenecja, Rzym. Nie kończy się na Włoszech. Zaczyna się późna jesień, na zimę jedzie się do Abacji. Czyli mówimy o Istrii. Fiume, a w momencie kiedy doprowadzono kolej z Wiednia na Istrię, czyli tu lata 80. XIX wieku, ta Abacja, bo tak ją wtedy nazywano, staje się bardzo popularna wśród polskich bogatych ziemian. którzy, zwłaszcza osoby starsze, zamiast spędzać zimę w Galicji, bo tu głównie o Galicji, bo to wszystko w obrębie monarchii, czyli w jednym państwie jesteśmy i można gdzieś z nad Zbrucza pojechać sobie nad Morze Śródziemne, nie przekraczając granicy.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Nie potrzebujemy paszportu, nie mamy żadnych tego typu urzędowych obostrzeń, problemów, po prostu sobie idziemy.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
I tam na Istrii wynajmowano dom na parę miesięcy, całą zimę tam spędzano. Kolej już przeprowadzona też przez Budapest umożliwiała przesyłanie upolowanego koziołka, jakiejś dziczyzny, bo to zimą się powiesiło, zimy były mroźniejsze jak teraz. I to dojechało, a tam miano swojego kucharza. Prowadzono normalną kuchnię i gotował. Co więcej, niektórzy bogaci ziemianie, to zwłaszcza kobiety, jak spodobało im się tam i chciały się zainstalować, kupowano domy na Istri. I jakby przenoszono się tam i ostatnie lata życia wręcz spędzano na Istri. w miejsce, które było klimatycznie zupełnie inne od tego, co się spotykało w okolicach Lwowa czy Krakowa.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Było zdecydowanie klimatycznie bardziej przyjazne. Klimat cieplejszy, łagodniejszy, ale zainteresowało mnie to, co Pan Profesor powiedział, że przesyłano prowiant z terenów Galicji na tą istnię. To jest rzeczywiście bardzo ciekawe. Ale to były takie jednostkowe przypadki czy to było często?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Nie, to było często, ponieważ jeżeli tam spędzano święta Bożego Narodzenia, przed świętami Bożego Narodzenia zawsze były urządzane polowania. To jest rytuał ziemiański. Tak nawiasem mówiąc, niedawno było polowanie w Sieniawie, przed kilku dniami. Czyli dalej w tych potomków arystokratów. Tam się spotkali i Sieniawa to dawny pałac Czartoryskich na Podkarpaciu. I te polowania, które przed świętami odbywano, robili to rządzcy, robili to ci, którzy kierowali majątkami pod nieobecność właściciela. Przyrządzał kucharz paszlety, ale że paszlety się transportowało gorzej, bo wystarczyło, że się rozmroził i to się popsuło. to lepiej było całego koziołka, czy powiedzmy tam sarnę, coś przesłać pociągiem.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Patrzono, czy jest mróz, jak był zimą, to on trzymał przez wiele dni, to nie było tak, że się zmieniał klimat co drugi dzień. I jak to dowieziono, to te paszlety robił kucharz, który był na miejscu, w tej wynajętej willi. Tęsknili Ziemianie za takim tradycyjnym polskim jedzeniem, bez względu na to, gdzie byli. We Włoszech próbowali tego jedzenia, ale nie do końca też im to wszystko smakowało. Niemieckie potrawy były za ciężkie dla wielu tych Ziemian. bardzo przesycone sosami mięsnymi, golonki słynne, które wtedy w Niemczech już byli, jeszcze nie nazywano to golonką, tylko inaczej, ale dokładnie było to. No to polscy ziemianie próbowali to, ale drugi raz tego nie powtórzyli. Już nie mówię o kobietach, które tego nie jadły.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli po prostu degustowali, ale niekoniecznie trafiało to w ich upodobania kulinarne. Natomiast kuchnia włoska, która kilka dni temu tak naprawdę została wpisana cała na listę dziedzictwa UNESCO, była też dla ziemian jakby nie taka, że przekonywała do siebie.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Tzn. byli przyzwyczajeni do ryb, które były np. w Galicji. Przy majątkach były stawy rybne, czyli hodowali własne ryby. Te ryby były im znane. Natomiast owoce morza, to jest nawet jak czytam w korespondencjach, w różnych tam dziennikach, w zapiskach, to jest na zasadzie popatrzenia na to, ale niekoniecznie to jest jadalne dla nich. to trzeba do tego było czasu, żeby się do tego przyzwyczaić.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Panie profesorze, mówimy właśnie o tym zwiedzaniu Europy, o tych podróżach do Europy. Wymienił pan profesor tak naprawdę dwa takie na razie główne typy tych podróży, bo jeden typ podróży to jest ten typ edukacyjny, gdzie młodzi ziemianie, zwłaszcza mężczyźni, młodzi chłopcy wyjeżdżają wraz ze swoimi opiekunami. Te podróże edukacyjne mogą trwać kilka miesięcy. Drugi typ podróży to są podróże do wód, czyli jeździmy do uzdrowisk niekoniecznie w celu, żebyśmy się tymi wodami uleczyli, ale też nawiązywali kontakty, czy też podtrzymywali kontakty towarzyskie. Czy są jeszcze jakieś inne typy podróży odbywane przez ziemiaństwo?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Bez wątpienia w wieku XIX, w drugiej połowie wieku XIX, zaczynają spływać różnego typu nowinki gospodarcze na ziemię polskiej. I stąd zwłaszcza w młodych mężczyzn wysyła się, albo sami się wysyłają, To podróże poślubne, bardzo częste, że się podróżuje przez kilka miesięcy, ale nie po to, żeby chodzić po kurorcie, czy pić wodę. Przywołam chociażby księcia Witolda Czartoryskiego. Ślub, 1889 rok, chyba luty, z Jadwigą Dzieduszycką. Zresztą spory posag dostał, bo tzw. państwo konarzewskie pod Poznaniem, czyli taki klucz majątków duży, ale w podróż poślubną jadą dopiero latem, wyjeżdżają. Trudno było w lutym gdzieś jechać, wyjeżdżają latem. I to jest podróż, którą odbywają po krajach niemieckich, nie tylko wypoczywając, ale zwiedzając różnego typu gospodarstwa.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Różnego typu, bo to gospodarstwa mogły być nastawione na konkretną uprawę, ale też gospodarstwa nastawione na hodowlę. Zwłaszcza wtedy w hodowlę krów sprowadzano na przykład krowy też z Anglii do Galicji, żeby lepszą rasę uzyskać. I towarzyski wątek, który jest w tej podróży poślubnej, o której mówię, Kieruję ich potem do Francji. Oczywiście pozycja Czartoryskich jest taka, że młodemu Witoldowi Czartoryskiemu towarzyszą przedstawiciele tego świata polityczno-gospodarczego francuskiego, przyjmują go, minister rekomenduje, żeby go gdzieś przyjmowano, pokazywano. Oczywiście jest też Paryż, są spotkania z polską arystokracją, która, a ona zawsze była liczna w Paryżu, która tam mieszka, rezyduje. Potem jest wyjazd do Ostędy, do Belgii. Tam jest też bardzo ciekawy taki moment, bo chwila rozluźnienia. Witold pisze w korespondencji, że pięknie mieszkamy, hotelik przy samej plaży, mogę wychodzić prosto z pokoju na plażę, dużo ptactwa, więc chodził i strzelał do ptaków i te ptaki mu przyrządzali na obiad.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Wyobraźmy sobie dzisiaj, że ktoś chodzi po plaży i strzela do ptaków.
Dr Ewelina Kostrzewska:
No tak, że musimy mieć bujną wyobraźnię.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Ale też tam mu pokazują te gospodarstwa wzorcowe. On to opisuje, w jaki sposób się coś uprawia, co jest dobre, co mu się podoba, co jest nowością, czego on nie znał dotychczas. No i potem przez Berlin do Konarzewa, czyli tych Włości, które ma otrzymać z ręką młodej małżonki i po kilku miesiącach wracają do Galicji.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli to jest takie połączenie podróży przyjemnej z pożyteczną.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Tak, zdecydowanie.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Mnie się też przypomina, ale to już przykład królestwa, jedna z ziemianek zamożnych, mąż był zamożny i udali się w podróż, poślubnął i to była taka podróż dookoła świata. Maria, która była znacząco młodsza od swojego męża, Jana Kleniewskiego, to byli ziemianiec lub eloszczyzny, w swoich wspomnieniach, które spisywała już pod koniec życia, bardzo dużo miejsca właśnie tej podróży poślubnej dookoła świata poświęca. Dla niej to też była taka podróż edukacyjna, więc tutaj była podróż gospodarcza, a w przypadku Marii też była to taka podróż, przynajmniej w jej ocenie, w jej odbiorze, więc te podróże mogły też pełnić i taką rolę. Panie profesorze, czy jeszcze jakieś mamy typy podróży?
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
To znaczy, mogą być podróże już poza Europę, które bardzo często w Ziemianie ogarnięci taką pasją polowań. wyjeżdżają do północnej Afryki na polowania, czyli już w drugiej połowie XIX wieku rozpoczynają się te wielkie polowania na dzikie zwierzęta w Afryce. To są podróże na przykład po konie. W XIX wieku do tak zwanej Arabii, którą, Półwysep Arabski, gdzie jeżdżono po to, żeby przywieźć konie, rasowe konie. one dały podstawę pod hodowlę, wspaniałe hodowle, które były na ziemiach polskich. Przecież Janów, Podlaski, to na tych Arabach, które były sprowadzane jeszcze w latach 40. XIX wieku, to to Sanguszkowie, którzy mają wspaniałe hodowle koni. Więc wyjeżdża się po to.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Wyjeżdża się to już oczywiście rzadziej, żeby poznawać nową kulturę. To powiedzmy jest podróż jednego z Sapiechów do Chin, więc w XIX wieku wyjazd do Chin to była też taka egzotyczna…
Dr Ewelina Kostrzewska:
Bardzo egzotyczna podróż, tak samo jak te polowania na dzikie zwierzęta, bo to już są takie destynacje naprawdę, naprawdę odległe.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Co więcej, to one są nawet opisane, bo są przecież pamiętniki, to jeden z Potockich jeździł, nawet brał z sobą malarza, który malował. Wtedy nie było fotografii, więc trudno było fotografować. Więc tego typu podróże się też zdarzają, ale też łączenie takich podróży z poznawaniem różnego typu zbiorów muzealnych. Jeżeli ktoś chce tworzyć muzeum, albo kolekcjonować coś, bo kolekcjonarstwo jest wpisane w życie ziemian, To niezależnie od zamożności, ci którzy byli mniej zamożni to mieli mniejsze kolekcje, chociażby jakieś numizmaty i tak dalej, a ci którzy byli bardzo zamożni tworzyli galerie obrazów, a więc wyjeżdżało się też po to, żeby zapoznawać się z malarstwem. i przywozić obrazy, włączać do swoich kolekcji. Często te kolekcje po kilkudziesięciu latach były publicznie dostępne. Taką kolekcję na przykład tworzył Miączyński, to był dziadek późniejszej Włodzimierzowej Dzieduszyckiej. który w końcu już XVIII wieku, jeżdżąc po Europie, kupował obrazy mistrzów flamandzkich i zgromadził chyba 200-300 takich płócien w swoim pałacu.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Zięć jego syna, czyli Włodzimierz Dzieduszycki, dołożył kolejne obrazy i powstała Galeria Miączyńskich Dzieduszyckich. Piękna.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli również i taki był cel i typ tych podróży, podróże ziemiaństwa i arystokracji. Panie profesorze, mniejszy przychodzi do głowy jeden typ podróżowania, podróże matrymonialne, w poszukiwaniu żony i męża.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
To znaczy, to nie jest podróż w poszukiwaniu, tylko to jest etap zawierania, nieładne słowo, transakcji małżeńskich. Czyli krótko mówiąc, jeżeli… jest kojarzone małżeństwo, bo takich małżeństw, powiedzmy, jak dzisiaj, że ktoś kogoś poznaje i za iskry, to jest praktycznie nie było. Jeżeli mężczyzna dojrzał do małżeństwa, dojrzał poprzez swój wiek i rodzina stwierdziła, masz się ożenić. Bo taki kontrakt małżeński miał po pierwsze być między równymi sobie, miał zapewnić odpowiedni posag. To nie dlatego, żeby to mężczyzna się z tego cieszył, dlatego żeby kobieta była dobrze postrzegana w towarzystwie, że ona nie jest żoną bez swojego majątku, tylko ona wniosła jakiś bogaty posek. Ale to poszukiwanie to jest najpierw… rozpoznanie, które by pasowało do tego małżeństwa.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Czyli jest odpowiednia, z odpowiednim majątkiem, odpowiednia wiekowo, to bardzo precyzyjnie określano. Kobieta musiała być odpowiednio młodsza, chociaż potem, ale też z innych powodów, były różne małżeństwa. I kiedy rozpoczyna się poznawanie tych przyszłych małżonków, to z reguły jest na karnawale. Bogata… arystokracja, czyli arystokracja galicyjska, bogate ziemiaństwo, jedzie poznawać przyszłe kandydatki na żonę na karnawał do Lwowa, do Krakowa lub do Wiednia. To są te trzy miejsca, gdzie się bywa na karnawałach i teraz jeżeli tam się pozna odpowiednią osobę i zostanie się wstępnie zaakceptowanym przez rodziców, Czyli wstępnie na zasadzie może się starać, może się dalej starać. To potem jest zapytanie, znowu przez ciotki czy rodzinę, gdzie panna z rodzicami pojedzie latem do jakiegoś kurortu europejskiego. I taki kandydat, a czasem dwóch, trzech, pojawia się w tym samym kurorcie i zaczynają bywać, pokazywać się u tej rodziny, czyli jakby potwierdzają, że się starają.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
I w momencie, kiedy dojdzie do oświadczeń, bardzo często właśnie podczas takiego wyjazdu, i zostaną przyjęci, no to wtedy rodzice przyszłej panny młodej zaczynają zamawiać wyprawę. Czyli w jakimś nałóżeńskim zakonie szyje się w pościele, haftuje, bo to jest całe… To nie było jak dzisiaj, że przemysł produkuje gotowe. Nie, no to trzeba było wszystko przygotować, I wreszcie jest ślub po tych, za parę miesięcy odbywa się wesela.
Dr Ewelina Kostrzewska:
Po tych skomplikowanych przygotowaniach. Więc tutaj nam się też wyjaśnia tajemnica popularności wyjazdów do Wód. Panie profesorze, powiedział Pan profesor, że nie zawsze było tak, że zaiskrzyło, ale my znamy przypadki w historii, że zaiskrzyło. I kończyło się to zawarciem związku małżeńskiego, nawet jeżeli mąż musiał czekać na swoją przyszłą żonę, na przykład dwa lata. I wydaje mi się, że możemy Państwu uchylić rąbka tajemnicy, że w jednym z podcastów będziecie Państwo mogli wysłuchać właśnie takiej fascynującej historii. Panie Profesorze, podsumowując nasz temat o podróżach, Różalnie ziemiaństwo arystokracja dużo podróżowała, było ją na to stać, lubiła ten rodzaj aktywności i właściwie ten wiek XIX, chociaż te podróże się zmieniały, zmieniał się ich przebieg, zmieniało się to też w jakich celach podróżowano, to jednak pod tym znakiem podróży w warstwie ziemiańskiej i arystokracji upływał.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Tak, i to poznawanie Europy w podróżach, to jest ta wartość dodana do otwartości w bogatych ziemiach arystokracji na różnego typu nowinki. Nie zasklepianie się w tym, co widzą bezpośrednio w swoim otoczeniu. to poznawanie nowości, odkrywanie innej czy odmiennej kultury, bo tu nie mówimy o jakiejś wielkiej odmienności, ale kultura w Europie wtedy się różniła w poszczególnych państwach, bo nie było takiego przepływu informacji. To powoduje, że ziemianie, bogaci ziemianie, arystokraci, są w tym czasie już Europejczykami. To nie jest tylko mówienie, że ja jestem z Galicji, ale ja identyfikuję się z tym, co jest w Europie. Nie wszystko mi się podoba, ale ja to znam. A jak znam, to znaczy, że ja mam wybór.
Dr Ewelina Kostrzewska:
I to jest świetna puenta naszej dzisiejszej rozmowy. Panie profesorze, bardzo dziękuję za arcyciekawą wypowiedź i możliwość dyskusji. Państwu dziękuję za obejrzenie i wysłuchanie naszego podcastu i tradycyjnie zapraszam do odwiedzania strony Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy i słuchania innych naszych rozmów. Do widzenia.
Prof. dr hab. Kazimierz Karolczak:
Dziękuję bardzo.