Dzieciństwo arystokraty w XIX wieku

Rozmowa z dr Aldoną Cholewianką-Kruszyńską 29:38

Autorka wielu publikacji książkowych i artykułów na temat polowań w rezydencjach ziemiańskich i arystokratycznych dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska, Kurator Zbiorów i Ekspozycji Historycznych Muzeum-Zamek w Łańcucie, pomoże nam poznać okruchy świata ziemiańskich łowów. Zastanowimy się nad znaczeniem polowań i etosu myśliwskiego jako integralnej części ziemiańskiego życia, przyjrzymy się ich wielorakim funkcjom (towarzyskim, patriotycznym, wychowawczym, nauki odwagi, przygotowania do przyszłej walki zbrojnej), a także opowiemy, jak przysposabiano do nich najmłodsze pokolenie.  Wiele uwagi poświęcimy też dużym polowaniom proszonym – ich planowi, daniom, którymi częstowano myśliwych, gdzie je podawano i czym spełniano toasty, roli służby myśliwskiej, a także formom, jakie przybierała prezentacja upolowanej zwierzyny, czyli pokot. Nie zabraknie tez wzmianek o miejscach, gdzie odbywały się najwspanialsze wówczas łowy – Berezynie Maurycego Zamoyskiego, Poturzycy Włodzimierza Dzieduszyckiego, Nieświeżu Radziwiłłów, Szepetówce Józefa Potockiego i innych

Transkrypcja

Dr Ewelina Kostrzewska:
Dzień dobry, witam Państwa serdecznie, dr Ewelina Kostrzewska, Instytut Historii, Uniwersytet Łódzki. W dzisiejszym podcaście będziemy rozmawiać o dzieciństwie arystokraty. Jest to kolejny z podcastów, które realizujemy w cyklu, w którym zapraszamy Państwa do zapoznania się z historią świata ziemiańskiego. A dzisiaj naszym gościem jest pani doktor Aldona Cholewianka-Kruszyńska, kurator zbiorów oraz ekspozycji historycznych w Muzeum-Zamek w Łańcucie. Dzień dobry, witamy Panią Doktor.

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Witam również, dziękuję.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Pani Doktor, dzisiaj mamy bardzo ciekawy temat naszej rozmowy. Dzieciństwo, dzieciństwo w świecie arystokratycznym. Chciałam zapytać, jaki miało w ogóle charakter wychowanie młodego arystokraty?

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Miało przede wszystkim charakter, który opierał się na rozsądku. Który się opierał nie na miłości, a na rozsądku. To znaczy nie chcę powiedzieć, że miłości w stosunku do dzieci nie przejawiano. ale dalekie to było od rozpieszczania, dalekie było to od forowania wszelkim marzeniom mniej lub bardziej, czy pragnieniom dzieci. Wychowywano dzieci tak, jak rodzice byli wychowani, w jaki sposób ich kształtowano, I chcę powiedzieć, że musieli uznawać, że było to słuszne, może bez znaku zapytania, oni uznawali, że było to słuszne, skoro w ten sam sposób ordynowali swojego potomstwa. I w związku z tym, jak we wszystkim w obyczajowości, szczególnie do I wojny światowej, to były trwałe schematy. To były trwałe schematy. Życie ziemiaństwa, zamożnego, arystokracji było powtarzalne w następnym pokoleniu. Były wypracowane pewne formy. One były zaakceptowane. One były mało tego uważane za niezbędne. żeby życie następnego pokolenia, czyli moje, to jak ja zorganizuję dom i wszystko co się z tym wiąże, miało odpowiedni poziom. I tak było właśnie z wychowaniem dzieci. Także wychowywano dzieci w XIX wieku. My wiemy, że XIX wiek był tym, który dokonał bardzo dużego postępu. Oczywiście jak patrzymy na współczesność, to był żaden postęp. Natomiast dokonał postępu olbrzymiego, w związku z tym i sposób wychowania dzieci, i patrzenia na dzieci zmieniał się, ale to nie było rewolucyjne. To było bardzo powolne, bardzo przemyślane, na pewno niejednolite we wszystkich rodzinach. W niektórych było to bardziej do przodu, w niektórych było to zachowawcze. Ale to był sposób, jaki znano z przeszłych pokoleń. Generalnie dziecko było wychowywane przez profesjonalną służbę albo przez wynajętych do tego guwernerów, którzy w mniemaniu rodziców robili to najlepiej. Zresztą, jak już skupmy się na tym XVIII wieku, dzieciństwo było bardzo odległe od życia rodziców. Pierwszą Polką, która się otaczała swoimi dziećmi, pokazywała się publicznie z nimi, była księżna Izabela z Flemingów Czartoryska. Ale to się odnosiło tylko do trojga starszych dzieci.
Już słynna piękność Zofia, późniejsza Zamoyska i jej brat Konstanty, czyli młodsze dzieci Izabeli Czartoryskiej i Adama Kazimierza, były właśnie wychowywane tak jak w XVIII wieku. Daleko od matki, poddane tylko opiece Panny Petit, która się nimi opiekowała, która zresztą była piastunką jeszcze ich matki. Także proszę sobie wyobrazić. Natomiast ze starszymi miała doskonały kontakt. I ze starszymi się pokazywała. I one były obecne niezwykle w jej życiu. Podobnie było, o czym się w ogóle nie wspomina. Z księżną Izabelą, zresztą bratową.
Izabeli z Puław, księżną Izabelą z Czartoryskich Lubomirską, która, i to też jest ciekawe, nie opiekowała się tak jak jej szwagierka chyba, swoimi dziećmi. Ona się opiekowała tak swoim ukochanym wychowankiem Henrykiem Lubomirskim. To ten był jej stałym towarzyszem w podróżach, dbał o jego edukację. Ten Henri był na pierwszym miejscu we wszystkich poczynaniach księżnej. Portretowała się razem z nim. Także To był też przykład taki właśnie pewnego pójścia do przodu. To było progresywne. Niemniej właśnie nie w stosunku do swoich córek, czterech, a do swojego wychowanka, którego sobie przysposobiła i którego bardzo kochała.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli kiedy już wiemy, jaki był charakter wychowania tych młodych arystokratów, to chciałam teraz zapytać o przestrzeń, gdzie ten proces wychowania przebiegał. Czy to była jakaś określona przestrzeń? A jeżeli tak, to jak ta przestrzeń wyglądała? I jeszcze jakby pani doktor mogła tutaj parę słów powiedzieć właśnie o osobach, które uczestniczyły czynnie w tym wychowaniu. Pani o tym wspomniała, ale jakbyśmy mogły troszeczkę to rozwinąć.

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Więc i przestrzeń osoby, więc istnieje taka dość, wydaje mi się, zakorzeniona informacja podana jeszcze przez Nakwaską, a później przez badaczy już współcześnie żyjących, utwierdzona w ich piśmiennictwie, że dzieci wychowywane były, ich miejscem życia były bardzo oddalone pokoje, wręcz czwartorzędne, gdzieś na strychu. i że generalnie dawano do zrozumienia, że to świadczyło obojętności uczuciowej rodziców względem nich, że to z tego wynikało.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Pani doktor, przepraszam, jeszcze jedna rzecz, jakbyśmy mogły w paru słowach wyjaśnić, kim była Karolina Nakwaska.

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Karolina Nakwaska była autorką bardzo poczytnego dzieła, dwór wiejski, które zostało wydane w latach 40. XIX wieku. Która bardzo skrupulatnie i analitycznie opisuje gospodarstwo domowe, gospodarstwo wiejskie, ale pośród, i to było niezwykle poczytne dzieło, które miało kilka wznowień, kilka wydań kolejnych, I ona jeden z rozdziałów poświęca wychowaniu dzieci. Poświęca opisowi pokoju dziecięcego. Jak powinien być, jak powinien być wyposażony. I właściwie większość odniesień, późniejszych badaczy, którzy pisali o dzieciństwie, odnosi się generalnie, zasadza się na Nakwaskiej, bez indywidualnego badania, ikonografii, ale nie tyle ikonografii, bo jest niedużo stosunkowo w tym związanej z tym tematem, ale archiwaliów, ale przekazów, ale wspomnień, ale pamiętników, gdzie wspominano swoje dzieciństwo i opisywano je, co w sprzeczności pokazuje obraz sprzeczny z tym, który znamionowała Nakwaska. Zresztą pierwszą osobą, która pisała o pokojach dziecięcych był Julian Ursyn Niemcewicz, bo na początku XIX wieku. napisał dzieło konkretnie, którego w tytule było wychowanie dzieci, o czym się w ogóle nie wie i nie pamięta. Natomiast ono było jednak bardzo niszowe, bo ono odnosiło się tylko do dzieci. Natomiast Nakwaskiej dzieło pokazywało w ogóle urządzenie wszelkich pokoi, o różnym standardzie i o różnym przeznaczeniu. Zajmowała się naprawdę wszystkim. Ale chcę powiedzieć, że ona to wszystko odnosiła do skromnego domu ziemiańskiego. To było wszystko na pewnym dość skromnym poziomie, co ja nie czynię tym zarzutu, tylko oddaję taką uwagę.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Dobrze, przepraszam, teraz wróćmy już do tej przestrzeni, o czym mówiłyśmy, że to były takie pokoje, czy też miały być, trzecie, czy nawet czwartorzędne. I jeszcze troszeczkę tej przestrzeni, jakbyśmy powiedziały.

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Powiedziałam o tym, żeby na tym tle powiedzieć, jak było faktycznie. Bo faktycznie było tak, że dzieci arystokratów, skupmy się już na arystokratach, w swoim dzieciństwie do nastych lat, miały kilka pokoi, jakie były im przepisane. Generalnie były to pokoje, w których opiekowały się nimi, mówię o okresie, kiedy były dzieci noworodkami i niemowlętami, mamki, niańki i nursy, czyli już w połowie XIX wieku sprowadzane z zachodniej Europy, specjalnie predestynowane do tego pielęgniarki, które zajmowały się dziećmi w sposób jednak w zachodniej Europie mający już pewien progres podparty praktyką, ale i naukowością co do tego, jak dziecko należy wychowywać. W każdym bądź razie możemy mówić o dwóch przykładach. Albo o położonym blisko sypialni rodziców, pokoju lub zespole pokoi, gdzie urzędował ten maluch nowonarodzony, z tymi właśnie opiekunkami, z mamką, która zawsze pochodziła ze wsi, która to wieś należała do majątku, której szyto oczywiście, ją wyposażano w stroje i ona była podległa. Oczywiście, że karmienie piersią to jest bardzo intymne i indywidualne, biologicznie też, ale ona była poddana wymogom tej nursy, która miała już tą wiedzę teoretyczną, ale też i praktyczną, bo one przyjeżdżały do polskich majątków, do polskich pałaców, już mając za sobą doświadczenia w Niemczech, czy w Paryżu, czy bardziej z Anglii. Później, kiedy dzieci dorastały, ale było też tak, że te nursery, czyli pokoje dla niemowląt, noworodków i niemowląt, były jednak oddalone od pokoi matek.
Matki przychodziły, matkom przynoszono dzieci. To było tak jak wcześniej, a może trochę lepiej jak wcześniej, bo chyba wtedy takiego kontaktu codziennego z dziećmi nie było. Później dzieci stawały się starsze, naturalnie nie było już mamek, nie było pani, które się zajmowały, do piątego, do siódmego roku życia właśnie opiekunki Angielki w domu Potockich, czy w domu Radziwiłł właśnie miały swoje zajęcia. Później wchodzili guwernerzy, wchodziły nianie, bardzo często były to zaufane służące, już w starszym wieku, znaczy nie staruszki, ale już służące przez ileś lat, w związku z tym zaufane, którym można było dzieci powierzyć. I wówczas dzieci miały swoje sypialnie, miały pokoje zabaw i miały pokoje nauki. Co z angielska nazywano school room, bo bardzo często właśnie ci guwernerzy byli Anglikami. Te sypialnie były niejednokrotnie również pokojami nauki, ale bywało też, że funkcjonalność poszczególnych tych pomieszczeń była jednak rozdzielona. Ale chcę powiedzieć, że o ile naukę i codzienne życie spełniały dzieci w swoich własnych pokojach, o tyle bawiły się w salach balowych, w galeriach.
I były, wtedy wchodziły w naturalny sposób w rytm życia danego domu, nawet najbogatszego. Mało tego, były też, ja znam taki przypadek. Tak było w Sumówce i tak było u Radziwiłłów w Poznaniu. Dzieduszycka wyszła za mąż za Aleksandra Czartoryskiego. Mieszkali na ulicy Berlińskiej swoim domu w Poznaniu. Ich córka wspomina, że małe mebelki dzieci były stałym wyposażeniem salonu, ponieważ kiedy rodzice spędzali tam czas, te ich małe dzieci również spędzały czas bawiąc się między sobą w tej swojej małej enklawie, ale w pokoju dorosłych. I to jest nowum, czego się wcześniej nie wiedziało. To nie jest powszechne, ale jeżeli były dwa przykłady, to jednak musiało być ich więcej, bo miejmy też świadomość, że zapożyczano wzajemnie. Ciągle się odwiedzano, ciągle to widziano. Zresztą rodzina arystokratyczna była jedną wielką rodziną, wzajemnie koligującą się ze sobą.
To zawsze była rodzina, zawsze się zwracano do siebie ciociu i wuju. W związku z tym również wychowanie dzieci było naśladowane w tym dobrym tego słowa znaczeniu. I wspominając o tych kącikach z mebelkami dzieci, to chcę powiedzieć o tej charakterystycznej rzeczy, która tyczy się pokoju dzieci. Były meblowane, ustawiane tam były mebelki, zminiaturyzowane, odpowiednie do wieku dzieci, to znaczy dwuletnie miały odpowiednie, czterolatki miały już trochę większe, siedmiolatki w stosunku do tych małoletnich mebelków były jeszcze większe, ale aczkolwiek były to małe mebelki. I to były meble, które nie były żadnym skrótem technicznym. One były wierną kopią mebli, jakich używali dorośli. Były tak samo fornirowane, tak samo tapicerowane. Były fotele, były krzesełka, były później wiklinowe mebelki. I to było, w tej chwili jest to rzecz powszechna. Miejmy świadomość, że mówimy o społeczeństwie, które było uporządkowane według drabiny socjalnej. W związku z tym to była ta wyjątkowość, dlatego że dotyczyła tylko pewnej sfery.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Tak, to jest bardzo ciekawe, że te meble były dostosowywane i wymieniane właściwie co jakiś czas. Co dwa, trzy, być może cztery lata.

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Ale proszę sobie, chcę też powiedzieć Państwu, że był sposób zabawy dzieci, który był niezwykle specyficzną zabawą. Zresztą to La Fontaine. Uczono bawiąc. Były też pojazdy zaprzęgowe dla dzieci. I te pojazdy zaprzęgowe, podobnie jak te meble, były zminiaturyzowanymi pojazdami dorosłych osób. One miały wszystko, miały takie same resory, miały te wszystkie elementy, klameczki malutkie, tulejkę na bacik, orczyce, orczyki. To było z tyłu, było maleńkie siedzenie, jeżeli to był na przykład jakiś dik, tylny koziołek dla gruma, dla służącego. I te małe dzieci też były dla trzyletnich, ale dla siedmioletnich i później dla kilkunastoletnich. Też one były jeszcze mniejsze. Wtedy ci kawalerowie już sami nimi powozili, ale te małe dzieci kilkuletnie jedynie siedziały w takim pojeździe, a malowniczości takiemu pojazdowi dodawało to, że zaprzęgane do nich były małe zwierzęta. Kozy, ale bardzo często kozły, które mają, jak wiadomo, długie bardzo futro i mają piękne, jak faworki, rogi, bardzo efektowne. Psy, owce, małe osiołki, bo takie normalne osiołki, czy kuce, ale też nie ma takich kucyków, takich małych, małych. Także szczególnie właśnie dla tych najmniejszych dzieci były niezwykle malownicze. Ja nazywam te pojazdy z Niemiecka Kinderwagenami, ale często też Ziegewagenami, ponieważ właśnie najczęściej były to kozły, co nadawało niezwykłej malowniczości. I teraz taki pojazd zaprzężony regularnie, bo ten koziołek był zaprzężony. Miał dyszelki, miał uprząż, miał szorki, miał ogłowie. Dziecko siedziało w pojeździe, trzymało bacik i wodzę.
Natomiast pojazd był prowadzony przez służącego, tak zwane linewki, tak wtedy mówiono, które były przy ogłowiu zwierzęcia, były przeprowadzone albo bokiem przy pojeździe, albo pod spodem i to zwierzątko było prowadzone przez tego dorosłego służącego, który nadzorował tą jazdę i ten mały ziemianin jechał. Chociaż nie powoził, ale wydawało mu się, że powoził. I to było tak jak w myślistwie. Tak jak w każdej innej czynności, która przypisana jest człowiekowi, tak również powożenie, uczono od dziecka powożenia. Tak samo jak uczono od dziecka jazdy konnej. Od właśnie odjazdy na kucach, w małych siodełkach, albo wręcz bez siodełek, tylko na samej derce i bez strzemion, bo dziecko się musiało nauczyć najpierw siedzenia w siodle i trzymania własnym ciałem, własnymi nóżkami panowania nad zwierzęciem. Dopiero z czasem dostawało siodło ze strzemionami, ale to naprawdę z czasem. Wszystko miało swoje wypracowane, które były wynikiem przemyśleń, doświadczeń kolejnych, kolejnych pokoleń.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Pani doktor, a czy właśnie poza, bo to są takie charakterystyczne, typowe elementy tego wychowania, o czym Pani doktor teraz mówi, a czy jeszcze poza tym widzimy coś takiego charakterystycznego dla tego dzieciństwa arystokraty, jakieś takie charakterystyczne jeszcze inne elementy?

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Ja myślę, że najbardziej charakterystyczne dla dzieci arystokraty była skromność, w jakim te dzieci były wychowywane. Temu oczywiście przeczy to, że miały swój zaprzęg, że miały swoją Muckę, bo tak nazywano w ziemiańskich domach kucyki, Mucki były. One miały często inne imiona, ale 90% to były Muce, Mucki. One miały te, zresztą nie zawsze słynny Aleksander Jałowiecki, on uciekał w krzaki agrestu, kiedy przyprowadzono jego kucyka, żeby… „Musisz spaść”, mówiono mu. Ale to naturalnie było i to było… Bardzo elitarne i tylko dzieci arystokratów i bogatego ziemiaństwa, mogły mieć swój zaprzęg i swojego kucyka, na którym się uczyło jazdy konnej. Ale ich dzieciństwo generalnie było skromne, z zasady skromne. Dzieci, chociażby nawet poprzez to, że nie były codziennie, dla nich świętem było odwiedziny mamy wieczorem przed snem, która odmawiała z nimi pacierza albo im czytała książeczkę. Była dozowana dobroć. Chcę być dobrze zrozumiana, bo nie chcę powiedzieć, że one nie były otoczone dobrocią, miłością, opiekuńczością. Były. Ale to, czego oczekiwały, to byli rodzice, którzy byli szczególną nagrodą w danym dniu. Poza wszystkim dzieci były bardzo skromnie chowane, jeżeli chodzi z jednej strony te malutkie zminiaturyzowane mebelki, ale kiedy niejednokrotnie teraz widzimy jakieś zrekonstruowane pokoje dzieci gdzieś w muzeach, to one są pełne zabawek. To one są bogato wyposażone. Natomiast tamte były dość skromnie wyposażone. Jest przekaz jak wyglądał pokój małych Potockich dzieci pierwszego ordynata. To znaczy jego syna i jego bratanka, Alfreda, Józefa i Adama. On był synem Artura z Krzeszowic w Łańcucie. To były dwa łóżeczka. To było łóżko opiekuna, bo tak było, że te nursy i opiekunki, one sypiały w pokoju dzieci. Ja tego nie powiedziałam, ale tak było oczywiście, bo one się musiały na bieżąco, również w nocy opiekować. Tak samo opiekunowie. To był taki pan Bartmański, który był opiekunem i jego tapczan stał w tym samym pokoju. I tam było kilka zabawek, którymi te dzieci się bawiły. Przede wszystkim zawsze najczęstszymi zabawkami było wszystko to, co się wiąże z koniem. Czyli albo figura konia na takim podeściku z kółeczkami do toczenia, albo koń na patyku, czyli głowa konia z patykiem, gdzie ten chłopczyk sobie animował takie to właśnie jeżdżenie konno. Koń na biegunach, zresztą to znamy od XVII wieku, że były od XVIII również, że były konie, no jak od XVII to i od XVIII, to proszę wyciąć łaskawie. Także również konie na biegunach. Dziewczynki naturalnie miały lalki, początkowo szmaciane, bardzo skromne, dopiero wiek XIX przyniósł te z porcelanowymi główkami, ale to znamy z „Lalki” Prusa. Nie były rozpieszczane, zresztą bardzo często spały. Bardzo skromnie były wyposażone ich łóżeczka. To chcę powiedzieć. Do bardzo niedawna wydawało się, że dzieci Stanisława Zamoyskiego, XIII Ordynata i Zofii z Czartoryskich już wspomnianej, śpiące na łosiowych, z łosiowej skóry, wypełnionej sianem poduszeczkach, i w takich materacach wychowywane były w sposób bardzo zimny, bardzo obojętny, że były musztrowane jak byłyby w małym wojsku. Okazuje się, że są jeszcze przynajmniej na tym etapie badań dwa przykłady w połowie XIX wieku, później niż dzieci zamojskich w Mizoczu, w bardzo bogatym domu Karwickich. a w międzywojniu w małej wsi u Morawskich. W międzywojniu, w dwudziestych latach dzieci spały na łosiowych poduszeczkach małych wypełnionych sianem. To było to siermiężne wychowanie, to przyzwyczajane do niewygód, to niepozwalanie na rozrzutność, co nie było może we wszystkich domach powszechne, ale w większości to było przygotowywanie dzieci do chwili, kiedy będą sami zarządzali olbrzymimi majątkami, żeby nie były rozrzutne z założenia, żeby były właśnie nauczone wstrzemięźliwości w wydatkach, wstrzemięźliwości w sposobie życia i w sposobie kształtowania swego życia. Bywało różnie. Natomiast założenia rodziców, właśnie dlatego, żeby ten sam schemat był prolongowany przez następne pokolenia. Proszę sobie wyobrazić, od początku XIX wieku mamy małą wieś Morawskich międzywojnie.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli znaczy, że ten typ wychowania w jakiś sposób się sprawdzał.

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
On się sprawdzał i musiał i właśnie to co powiedziałam chyba na samym początku naszej rozmowy, że to rodzice decydowali, więc jeżeli rodzice uważali, że takie wychowanie jakie odebrali i o takich formach było słuszne i im się w życiu przydało, w związku z tym w taki sam sposób kształtowali, wychowywali swoje potomstwa.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Czyli pani doktor, tak naprawdę życie młodego arystokraty wcale nie upływało, jak mogłoby nam się wydawać, na piernatach. Nie był otoczony nieprzyzwoitą ilością zabawek, nie spędzał czasu przerzucając płatki róż, tylko miał to życie, to wychowanie trochę spartańskie.

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Trochę spartańskie, ale to co powiedziałam na samym początku, to było rozsądne wychowanie. Bo jeżeli na przykład mówimy o domkach dla lalek. Domki dla lalek w ogóle to były domki, jakie pojawiły się w XVIII wieku i one były używane przez dorosłe panie. One miały domki dla lalek, one się w ten sposób bawiły. Natomiast dzieci ziemiaństwa domków dla lalek nie miały. One czasami miały domki budowane, w których się bawiły, do których wchodziły, wychodziły i to też najbogatsze. Ale domek dla lalek, o czym pisze Magdalena Samozwaniec, przywiózł z Paryża Wojciech Kossak swoim córkom. Ale to nie był dom ziemiański. W jakimś sensie to był dom nowobogacki. Jego stać było na to. On tym ferował, on tym epatował i one się później już dorosła wręcz starsza Magdalena Samozwaniec pisząc „Marię i Magdalenę” o tym wspomina. Ale domków dla lalek nie było w domach ziemiańskich. Jeżeli były, to był to wyjątek. To co Pani powiedziała jest uogólnieniem. Były na pewno wyjątki od tego, ale generalnie taka była zasada. Zresztą ostatnio ukazała się bardzo ciekawa książka, wywiad z Panem Maciejem Radziwiłłem, który mówił właśnie o tych bardzo obojętnych formach kontaktu, czy odległych formach kontaktu rodziców i dzieci, które się ograniczało do tego, że przed snem dziecko przychodziło do jadalni, czy do salonu i całowało ojca w rękę. I on to mówił, bo w tym roku jest wydana książka, w 2025, i mówi to było jeszcze 100 lat temu. Czyli zwróćmy uwagę, że to co było osiemnastowieczne, to nie uogólnia, że to jest wszędzie, ale w niektórych domach było to znowu, to wszystko wynikało z patrzenia na dzieciństwo rodziców, tych, którzy kształtowali. I tutaj chcę powiedzieć, jednak jak czynne było uczestnictwo rodziców w kształtowaniu, w wychowaniu dzieci. Nawet jeżeli ono się odbywało przez guwernerów, przez opiekunki, przez bony, to było coś, co wymagało akceptacji rodziców, a może oni wręcz narzucali pewne formy, może one chciałyby je złagodzić.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Tak, to też są sprawy bardzo indywidualne, o czym pani doktor mówiła i myślę, że to warto podkreślić, że właściwie w każdym domu mogło to wyglądać inaczej, ale pewne elementy wspólne…

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Pewna baza była wspólna.

Dr Ewelina Kostrzewska:
Tak, możemy zaobserwować, podkreślić i chciałabym jeszcze raz, żeby wybrzmiało wyraźnie, że to dzieciństwo właśnie tych arystokratów wcale takie bardzo nie było, że te dzieci były takie rozpieszczone, więc to dzieciństwo nie było takie cukierkowo-lukrowane. Bardzo dziękuję za rozmowę i za przybliżenie nam…

Dr Aldona Cholewianka-Kruszyńska:
Również dziękuję bardzo.

Dr Ewelina Kostrzewska:
… świata młodego arystokraty. Państwu dziękuję za wysłuchanie naszego podcastu. Zapraszam do odsłuchania, obejrzenia kolejnych rozmów, w których opowiadamy o świecie ziemiańskim. Bardzo dziękuję i do usłyszenia.